Etykiety

poniedziałek, 16 października 2017

PANI JESIEŃ - TYPY URODY, ANALIZA KOLORYSTYCZNA. WPROWADZENIE.

Hej :)
Tym razem mi się udało - nowe posty o analizie kolorystycznej pojawią się w idealnym czasie i Pani Jesień oraz jej podtypy urody pojawią się właśnie wtedy gdy za oknami mamy piękną, złotą jesień. Dziś zapraszam Was na wprowadzenie, czyli ogólną charakterystykę urody jaką możemy spotkać w przypadku Pań o jesiennych cechach - mam nadzieję, że dzięki temu od razu będziecie wiedzieć czy to coś w czym możecie odnaleźć siebie czy też nie. Przyznam, że akurat typ urody "jesień" jest chyba dla mnie typem najbardziej nieoczywistym, skomplikowanym i różnorodnym ze wszystkich czterech urodowych pór roku, dlatego nie łudzę się - nie będzie łatwo go opisać  :) A zatem do dzieła!

W swoich dotychczasowych doświadczeniach spotkałam się z tym, że kobiety nie lubią dowiadywać się o tym, że jednak są jesienią... Z czego to wynika? Zazwyczaj mamy w głowie wyobrażenie samych siebie jako świeżych, dziewczęcych Rusałek czyli Wiosny, delikatnych eterycznych blondynek czyli Lata albo tajemniczych, ciemnych Zim. Pani Jesień natomiast kojarzy nam się z niezbyt urodziwą kobietą o rudych/kasztanowych włosach, z piegami i zielonymi oczami w stylu "Ani z Zielonego Wzgórza" i nie pasuje do naszej "wizji". Jest to mylne wyobrażenie, bo jak już w poprzednich postach pokazałam żaden typ urody nie jest tak oczywisty i jednorodny (poza tym rudowłose pieguski częściej są ciepłymi wiosnami niż jesienią) ;) Dlatego Drogie Jesienie - uwierzcie mi, że bycie tym typem urody to nic złego i skupcie się uważnie na kolejnych postach abyśmy razem mogły wydobyć Wasze piękno!

fall-autumn-leaves-on-the-ground-picjumbo-com
OGÓLNIE O JESIENI

Po wiośnie i lecie, które były jasnymi typami urody nadszedł czas Pani Jesień, która należy już do ciemnej kategorii. Czy to oznacza, że wszystkie kobiety o tym typie urody są brunetkami o ciemnej karnacji? Absolutnie nie :) Oznacza to jedynie, że u Pani Jesień jej urodę wydobędą ciemniejsze barwy i takimi powinna się otaczać. Jasne kolory jeśli są w odpowiedniej tonacji również nie będą przeszkadzać natomiast typowo blade odcienie i na dodatek niedopasowane sprawią, że cera Pani jesień będzie wyglądać na starszą i mniej świeżą a ona sama może wyglądać nieco kiczowato.

Istotną cechą Jesieni jest to, że to ciepły typ urody czyli ciemniejszy odpowiednik wiosny (choć nie tak dosłownie ;) W zależności od podtypu jest różne nasycenie tego "ciepła" - od balansującej na granicy neutralności Pani Zgaszona Jesień, przez często oliwkową Ciemną Jesień aż do typowo Ciepłej Jesieni.

Ostatnim ważnym aspektem Jesieni jest to, że jest to typ zgaszony. Oznacza to nic innego jak "miękkość" wizerunku, brak wyraźnych kontrastów, subtelne przenikanie się barw włosów, cery i ogólna harmonia. Natężenie tej cechy również jest zależne od jesiennego podtypu oraz indywidualnych cech każdej z nas.

PODTYPY URODY JESIENI

CIEMNA JESIEŃ - dominującą cechą w wizerunku jest intensywność ciemniejszych barw, przez co ciemna jesień często przez początkujących jest mylona z zimą. Natomiast ciepło tych ciemnych barw oraz subtelność wizerunku zdecydowanie różną te dwie "pory roku" od siebie. 

ZGASZONA JESIEŃ - siostrzany typ Zgaszonego Lata, również balansujący na granicy ciepła i zimna z przewagą jednak tych cieplejszych tonów. Podtyp ten jest zazwyczaj bardzo harmonijny, bez kontrastów. Może i jest on pozbawiony wyrazistości ale zyskuje delikatnością i idealnym dopasowaniem kolorystycznym.

CIEPŁA JESIEŃ - tutaj mamy już typową Panią Jesień o ciepłej skórze i włosach, idealnie prezentującą się w prawdziwie ciepłych a nawet ognistych barwach. Odpowiednio podkreślony typ ciepły jest jak niesamowicie piękny, barwny kwiat ;)

CECHY

SKÓRA JESIENI
Panie o jesiennym typie urody mają cerę neutralną lub ciepłą zazwyczaj z podtonami żółtymi bądź oliwkowymi. Może to być całkiem blada cera w odcieniu kości słoniowej lub delikatnie zółtawa poprzez średnie neutralnie beżowe, złociste lub oliwkowe karnacje aż do ciemnych prawie latynoskich odcieni skóry. Mogą występować piegi - cały czas lub pod wpływem słońca ale nie jest to konieczne ;)

OCZY
Z jesienią najbardziej kojarzą się zielone. Ostatnio wyczytałam gdzieś, że ma je tylko 2% populacji na świecie więc całe szczęście, że w jesiennym typie urody występują także inne kolory bo byłby on   na wymarciu :) Równie często co zielone występują również oczy brązowe, piwne. Czasami również szare. niebieskie są rzadsze co nie oznacza, że niemożliwe :)

WŁOSY
Rzadko bywają typowo rude - choć ja uważam, że naturalnie rude włosy są niesamowicie piękne i zawsze dodają uroku właścicielce. Najczęściej spotykane u Jesieni są włosy jasnobrązowe, kasztanowe, ciemnobrązowe lub ciemniejszy blond o złocistych bądź oliwkowych refleksach. Nawet jeśli ich kolor nie jest typowo ciepły to zawsze mają albo ciepłe refleksy albo w słońcu mienią się cieplejszymi tonami.

To tyle na początek. Dużo więcej będzie w kolejnych postach, które bardzo szczegółowo scharakteryzują każdy z jesiennych podtypów urody. I tak jak już wspominałam Jesień to również mój typ urody (co mnie w dużym stopniu zaskoczyło kiedyś) więc rozumiem, że nie każdy na początku może się identyfikować z tą urodową porą roku ;)
Czy jednak oprócz mnie są tu jakieś Panie Jesień??? :) Odezwijcie się ;)

Buziaki
Martyna

poniedziałek, 9 października 2017

BELL MAT LIQUID LIPS - POMADKI MATOWE W PŁYNIE! PIERWSZE WRAŻENIE, SWATCHE, KOLORY 04 ROMANCE I 05 LOVE :)


Hej :)
Rozpoczynająca się jesień zawsze sprawia, że zaczynam zachwycać się pięknymi intensywnymi kolorami kojarzącymi się z tą porą roku. Od razu również ten zachwyt przekładam na swój codzienny strój i makijaż, czyli odbywają się wielkie porządki w garderobie i kosmetyczce. Wszystkie nudziaki i pastele odchodzą na dalszy plan a na przód wychodzą śliwki, fiolety, bordo, turkusy itp. :) Moja kosmetyczka nie była zbyt dobrze zaopatrzona w tym względzie i z ciemnych kolorów szminek miałam tylko czerwony i wiśnię, więc przy okazji zakupów w Biedronce dokupiłam sobie dwa kolory matowych pomadek z Bell - Mat Liquid Lips. Nigdy wcześniej ich nie miałam i zresztą nigdy nie patrzyłam nawet na Bell w Biedrze, bo zazwyczaj te kosmetyki były tak "wydotykane", że aż strach. Tym razem trafiłam chyba na jakąś dostawę nowych i świeżych kosmetyków i się skusiłam ;) 


PIERWSZE WRAŻENIE
Nie miałam zbyt wielkich oczekiwań wobec tych pomadek. Lubię markę Bell ale pomadki matowe, które kosztują 8,99 zł za sztukę raczej nic dobrego nie wróżą - tak myślałam :) W wolne dni nie maluję zazwyczaj ust więc jak tylko wróciłam z Biedronki zabrałam się za testowanie i oglądanie mojego nowego nabytku. Bardzo zaskoczyło mnie to, że pomadki z tej samej serii, o takiej samej nazwie i chyba nawet z tej samej dostawy mają różne aplikatory! Kolor 05 LOVE (ten bardziej różowy) ma typowy, sztywny aplikator i bardzo mi właśnie taki odpowiada. Natomiast kolor 04 ROMANCE ma aplikator o wiele większy i wycięty na czubku - jest on niestety o wiele mniej precyzyjny i łatwiej jest nim wyjechać poza kontur ust. Dajcie znać czy to ja tak trafiłam czy te pomadki faktycznie mają różne aplikatory zawsze :)
Sama konsystencja tych matowych szminek totalnie mnie zachwyciła! Są na tyle płynne, że bez problemu można je rozsmarować na ustach a przy tym dosyć szybko zastygają i nic nie ciapie się na ustach. Są też bardzo dobrze napigmentowane - jedna warstwa daje wystarczające krycie, natomiast dwie cienkie warstwy kryją już totalnie. Kolor rozprowadza się bardzo równomiernie i jest intensywny. Pomadka szybko zastyga na ustach na mat, jednak mimo wrażenia totalnego zastygnięcia zostawia ona ślady na szklance czy czyimś policzku więc trzeba mieć to na uwadze ;)
To wrażenie zastygnięcia szminki na ustach jest wyczuwalne, ale dla mnie nie było niekomfortowe w noszeniu. Jak to w przypadku matowej pomadki bywa, również i ta delikatnie przesusza usta jeśli nosimy ją cały dzień ale przy odpowiedniej pielęgnacji wszystko jest ok - przynajmniej moje usta nie wyglądały jak rodzynki ;)
Jeśli chodzi o trwałość pomadek to tu również ogromne zaskoczenie - myślę, że gdybym nie jadła to kolor wytrzymałby cały dzień bez uszczerbku. Ale, że nikt nie chce umrzeć z głodu i jeść trzeba to sprawdziłam ostatnio, że przez cały dzień kiedy normalnie jadłam i piłam musiałam poprawić ją dwa razy w ciągu dnia, żeby wyglądała super. Zjada się w miarę przyzwoicie ale po rosole i tego typu tłustych potrawach trzeba się odrobinę ogarnąć, żeby nie mieć bezbarwnego placka na środku ust - przy tak intensywnych i mocno napigmentowanych szminkach bardzo to widać gdy kolor zaczyna schodzić. Tak czy siak jestem zadowolona.
demakijaż wieczorny nie sprawia problemu jeśli używamy olejku. Płynem micelarnym też bez problemu zmyjemy tą szminkę, ale potrzeba będzie kilku porządnie nawilżonych wacików i chwilę cierpliwości. U mnie najlepiej się sprawdziła kombinacja - najpierw płyn potem olejek i nie było śladu po kolorze :)
 
Dwa różne aplikatory przy tych samych pomadkach.

 KOLORY
 Oto jak powyższe szminki prezentują się na ustach i oczywiście na mnie ;) Starałam się wybrać takie zdjęcia, które możliwie najdokładniej oddadzą kolory, ale nie było  łatwe, ponieważ ich odcienie są bardzo zbliżone. 
Odcień 04 ROMANCE to mój ulubieniec! Ciemny, intensywny róż ale w cieplejszej tonacji. Jest już na pograniczu różu i czerwieni i bardzo przypadł mi on do gustu.
Natomiast kolor 05 LOVE to już typowy, chłodny róż, ale jakże intensywny i piękny! Bardzo lubię takie odcienie choć zdaję sobie sprawę, że jednak lepiej wyglądam w cieplejszej tonacji.

ODCIEŃ 04 ROMANCE

ODCIEŃ 05 LOVE
Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona tymi szminkami, bo moim zdaniem nie odbiegają ani pigmentacją ani trwałością od o wiele droższych pomadek (np. moich ulubionych Bourjois Rouge Edition Velvet). Kosztują 5 razy mniej a efekt w moim odczuciu jest naprawdę imponujący. Jedyne czego mi żal, to mały wybór kolorów - oprócz tych dwóch które Wam prezentuję jest jeszcze kilka innych odcieni do wyboru ale są to już nudziaki. Szkoda, bo z chęcią zaopatrzyłabym się w kilka bardziej intensywnych odcieni - może śliwka, może burgund? Może Bell coś nowego wprowadzi. 
W każdym razie bardzo serdecznie Wam te pomadki polecam - za 8,99 zł taka jakość jest naprawdę imponująca. Poza tym chyba Bell jest też w niektórych Rossmannach więc może uda Wam się trafić je za grosiki w promocji na kolorówkę, która jutro się zaczyna :)

Dajcie znać czy znacie te pomadki i jak się u Was spisały!

Buziaki
Martyna

poniedziałek, 2 października 2017

BIOLAVEN ŻEL MYJĄCY DO TWARZY KONTRA VIANEK NAWILŻAJĄCA EMULSJA MYJĄCA DO TWARZY

Hej ;)
Po ostatnich postach o demakijażu i żelach pod prysznic postanowiłam pozostać w temacie oczyszczania i dodać porównanie dwóch bardzo ciekawych preparatów do mycia twarzy. Pod lupę idą więc dzisiaj: Biolaven Żel Myjący do Twarzy oraz Vianek Nawilżająca Emulsja Myjąca. Oba kosmetyki są produkowane przez znaną polską firmę Sylveco, ale zaznaczam, że obydwa kupiłam sama i post nie jest sponsorowany:) Jeśli jesteście więc ciekawi mojej opinii to zapraszam serdecznie do czytania dalej.

 
CZEGO OCZEKUJĘ OD ŻELU DO MYCIA TWARZY?
Jak zwykle zacznę od opisania moich wymagań, żeby łatwiej było porównać je Wam do swoich upodobań. Przede wszystkim preparat do mycia twarzy musi porządnie oczyścić skórę z pozostałości makijażu, zanieczyszczeń które nagromadziły się w ciągu dnia i resztek kosmetyku do demakijażu. Ze względu na to, że demakijaż wykonuję głównie olejem to żel ma pole do popisu i jest co zmywać ;) Natomiast niemal równie ważne co dokładne oczyszczanie jest dla mnie łagodne działanie na skórę.  Wiem, wymagania typowej "baby" - chce baba żeby czyściło porządnie ale najlepiej bezinwazyjnie ;) I niestety tak jest - nie chcę żeby kosmetyk narażał moją twarz na dodatkowe przesuszenie i podrażnienie bo i bez tego mam z nią sporo zachodu i dotąd będę szukać odpowiedniego kosmetyku aż na niego trafię i nie poprzestanę na półśrodkach :) O tym, że absolutnie nie może mnie żel zapychać i wywoływać zaskórników nie muszę chyba pisać . Czy muszę? ;)


BIOLAVEN ŻEL MYJĄCY TWARZY - CO O NIM MYŚLĘ?
Opis producenta na opakowaniu (który widzicie powyżej) idealnie wpisuje się w moje oczekiwania i dlatego też kupiłam ten żel. Buteleczka z pompką zawiera 150 ml produktu i zapłaciłam za nią 16,99 zł, jest ważna 6 miesięcy od otwarcia. Pompka działa bez zarzutu a design opakowania jest prosty i miły dla oka. Lubię zapach lawendy, ale jeśli Wam on nie odpowiada to nie musicie się stresować - moim zdaniem akurat żel Biolaven pachnie bardziej jak jakieś landrynki niż faktycznie lawenda. Tak czy siak jest to przyjemny aromat :) Żel jest przezroczysty a jego konsystencja dosyć rzadka i lejąca. Nie przeszkadza mi to bez względu na to czy myję twarz dłońmi czy przy użyciu gąbeczki/rękawicy. Zazwyczaj do jednego mycia twarzy zużywam dwóch pompek.
Podczas mycia żel bardzo lekko się pieni i mam wrażenie, że prawie natychmiast rozpuszcza wszystkie oleje i inne rzeczy, które mam na twarzy. Po dosłownie kilku sekundach od nałożenia go czuję, że twarz jest po prostu czysta. Żel ładnie się spłukuje, nie pozostawia żadnej warstwy na skórze tylko wrażenie porządnie umytej buzi. Ale zupełnie nie w taki sposób jak głęboko oczyszczające produkty typu Vichy Normaderm itp. Tu skóra jest czysta ale przy tym miękka, zupełnie nie podrażniona i jakby lekko rozświetlona. Nie ma w moim przypadku mowy o przesuszeniu. Wydaje mi się, że to wszystko dzięki zastosowaniu delikatnych aczkolwiek skutecznych substancji myjących w połączeniu z olejem winogronowym i gliceryną. Jestem zachwycona tym żelem, bo dawno nie miałam kosmetyku, który tak dobrze by oczyszczał, a przy tym nie wysuszał skóry, ładnie pachniał i był stworzony ze składników pochodzenia naturalnego.


VIANEK NAWILŻAJĄCA EMULSJA MYJĄCA DO TWARZY - JAK SIĘ SPISAŁA?
Tą emulsję zakupiłam jako pierwszą z tego duetu, który dziś opisuję, bo bardzo zachwycił mnie opis producenta i skład (widoczne powyżej). Już na drugim miejscu listy składników widzimy olej winogronowy a dalej mocznik, olej z kiełków pszenicy i ekstrakt z kwiatu lipy. Wiedziałam, że przy takim składzie na pewno nie muszę się martwić o przesuszenie i to był decydujący argument, żeby ją kupić. Zamówiłam emulsję przez Internet podczas większych zakupów i kosztowała chyba około 18 złotych. Buteleczka jest dokładnie taka sama jak w żelu z Biolaven - o pojemności 150 ml, z wygodną i dobrze działającą pompką. Produkt jest ważny przez 3 miesiące od otwarcia więc krócej niż Biolaven. Konsystencja produktu to bardzo lekka emulsja, rzadka choć nie tak bardzo jak żel myjący opisywany wyżej. Tu również podczas mycia zużywam dwie pompki na raz więc wydajność wydaje się być zbliżona. 
Emulsja zupełnie się nie pieni i nie przypomina podczas mycia typowych preparatów oczyszczających. Ja mam wrażenie jakbym na twarz nakładała faktycznie jakieś lekkie mleczko a nie coś co ma oczyścić mi twarz. Po chwili masowania zwilżonej skóry tą emulsją Vianek i spłukaniu jej ciepłą wodą dalej mam wrażenie, że mam coś na twarzy. Mam na myśli to, że produkt ten nie domywa dokładnie olejku, który stosuję do demakijażu, bo po prostu jest do tego chyba zbyt słaby. Dodatkowo mam wrażenie, że sam żel zostawia na skórze lekko nawilżającą powłoczkę. Te dwa aspekty sprawiają, że wieczorem wcale nie czuję jakbym dopiero co umyła twarz i najchętniej umyłabym ją ponownie czymś innym (i tak właśnie robię;) Natomiast jeśli już skreśliłyście Vianek to jeszcze się wstrzymajcie z decyzją, ponieważ to wcale nie jest zły produkt do mycia buzi. To, że nie nadaje się wieczorem przy demakijażu i do zmywania olejków to dla mnie fakt, ale za to jest niezastąpiony gdy chcecie umyć czymś twarz rano lub w takie dni kiedy nie nosicie makijażu. Emulsja bardzo łagodnie oczyszcza skórę, nie podrażnia jej i faktycznie delikatnie nawilża. Po jej użyciu skóra twarzy jest mięciutka, przyjemnie ukojona i zadbana. Musze tu wspomnieć jeszcze o zapachu tej emulsji, szczególnie dla tych z Was, które mają wrażliwy nos :) Emulsja ta pachnie bardzo specyficznie i na pewno nie wszystkim się spodoba, ponieważ dla mnie jest to woń podobna do zielska na łące wiosną ;) Bardzo nietypowy zapach, ziołowy. Mi akurat on nie przeszkadza, bo ja lubię takie ziołowe klimaty ale weźcie to pod uwagę przed zakupem. 

VIANEK KONTRA BIOLAVEN - KTO WYGRYWA?
Myślę, że werdykt już jest jasny - dla mnie wygrywa Biolaven. Doceniam te właściwości jakie prezentuje emulsja z Vianka ale jednak nie do końca są one tym czego szukam. Ze względu na demakijaż olejem (z którego nie zrezygnuję, bo jest super) muszę mieć kosmetyk, który dobrze domyje jego pozostałości - bo po co dokładnie oczyszczać olejem skórę skoro zostaje on razem z zanieczyszczeniami niedomyty na twarzy... Biolaven zapewnia mi dokładnie to, czego szukam - bardzo wyraźne oczyszczenie cery a zarazem delikatność dla jej bariery hydrolipidowej. Dodatkowo ładnie pachnie, nie podrażnia i w ogóle same plusy. Także z tych dwóch kosmetyków zdecydowanie polecam Biolaven. Natomiast jeśli macie super-delikatną skórę lub potrzebujecie nawilżającego żelu do mycia na rano to Vianek też będzie jak najbardziej okay ;) Wszystko zależy od tego, czego szukacie i jak lubicie oczyszczać twarz. 

Mam nadzieję, że o niczym nie zapomniałam i wszystko o tych kosmetykach myjących tutaj zawarłam, ale jeśli macie pytania to służę w komentarzach. Dodam na koniec, że Sylveco ma wiele produktów, które już miałam (i są super) i wiele chciałabym jeszcze wypróbować więc moja gama tych kosmetyków z pewnością się poszerzy. A co u Was sprawdza się najbardziej z Sylveco/Biolaven/Vianek??? 

Buziaki
Martyna

sobota, 30 września 2017

PETAL FRESH PURE REFRESHING / MOISTURIZING BATH&SHOWER GEL - RECENZJA ŻELI POD PRYSZNIC



Witam Was cieplutko w ten całkiem ładny, jesienny wieczór i z wielką przyjemnością zapraszam na recenzję żeli pod prysznic marki Petal Fresh Pure. Na wstępie zaznaczę, że żele te zakupiłam sama (w Rossmannie ;) i oceniam je równie obiektywnie i stosując te same kryteria co w przypadku wszystkich innych tego typu kosmetyków. I więcej nie marudzę, tylko przystępuję do rzeczy, czyli opisu moich kryteriów i recenzji tych oto dwóch specyfików ;)

CZEGO SZUKAM W ŻELU POD PRYSZNIC?

- braku silnych detergentów przesuszających skórę
- dobrych właściwości myjących przy delikatnych substancjach czynnych
- przyzwoitego składu 
- przystępnej ceny i adekwatnej do tego wydajności
- ładnego zapachu

Skóra mojego ciała jest bardzo wymagająca i baaardzo szybko się przesusza. Dlatego zazwyczaj wybieram kosmetyki pozbawione sls-ów, które są silnymi detergentami i wzmagają ten problem (choć nie zawsze i nie we wszystkich produktach to zauważyłam). Żel pod prysznic musi oczywiście też dobrze oczyszczać skórę, mimo delikatniejszych substancji myjących. Jeśli ma przy okazji dobry skład to jestem "na tak" ale nie musi być to jakieś cudo, szczególnie, że oczekuję przystępnej ceny i wydajności (bo zużywam takich żeli hektolitry ;)
Absolutnie nie oczekuję żadnych właściwości pielęgnacyjnych. Wręcz słowa w stylu "nawilżający" albo "regenerujący" zawsze mnie śmieszą na tego typu produktach - żel ma myć i nie przesuszać skóry. Jeśli to robi to dla mnie jest ok. Jeśli ma dodatkowo fajny skład i ładnie pachnie to już w ogóle go uwielbiam. 
A oto jak na tle tych wymagań wypadły żele z Petal Fresh.

Skład wersji Refreshing.
PETAL FRESH : SKŁAD I WŁAŚCIWOŚCI MYJĄCE
Obydwa żele mają dosyć długie składy ale są one bardzo dobre i zarazem ciekawe. Zawierają delikatne substancje myjące pochodzenia roślinnego i mnóstwo organicznych ekstraktów. Pozbawione są natomiast parabenów substancji genetycznie modyfikowanych , barwników i całego tego badziewia, którym często są wypełniane kosmetyki. Jestem pod wrażeniem.
Żele podczas mycia słabo się pienią - do tego już się przyzwyczaiłam używając różnych bardziej naturalnych preparatów i nie przeszkadza mi to. Obydwa oczyszczają skórę  bardzo dobrze a zarazem delikatnie i nie wywołują podrażnień. 

Skład wersji Moisturizing.
CIEKAWE SKŁADNIKI / DZIAŁANIE ŻELU / ZAPACH
Petal Fresh Moisturizing Bath&Shower Gel zawiera substancje myjące pozyskane z kokosa i oleju kokosowego oraz betainę. Oprócz tego jest wzbogacona o organiczny olej z pestek winogron, oliwę z oliwek, olej Babassu, witaminę E, B5 i całą masę ziołowych ekstraktów. Na opakowaniu jest napisane: " Deeply hydrates & repairs dry skin" - i pierwszy raz zgodzę się totalnie z producentem, że żel pod prysznic NAWILŻA I REGENERUJE suchą skórę. Po użyciu tego żelu moja skóra jest miękka i lekko wypielęgnowana. Nie muszę natychmiast rzucać się na nawilżacze :) Znowu jestem pod wrażeniem. Zapach żelu jest taki sobie :) Głównie wyczuwam tu olej z pestek winogron, trochę oliwę i zioła. Nie jest brzydki ale nie chwyta za serce.

Petal Fresh Refreshing Bath&Shower Gel to również kosmetyk oparty na betainie i środkach myjących z kokosa. Natomiast oprócz tego znajdziemy tu organiczne ekstrakty z aloesu, pomarańczy, cytryny, grejpfruta, mandarynki i wieeelu innych ziół. Skład jest naprawdę imponujący. Zapewne łatwo się domyślić, że po takiej dawce ekstraktów z cytrusów żel ten w pełni zasługuje na miano "Refreshing" :) Jego zapach bardzo pobudza i odświeża, ponieważ głównie czuć tu cytrynę (ale taką, jakbyście dopiero co wycisnęli sok z owocu) przenikającą się z aromatem innych cytrusów. Pod względem działania jestem zadowolona - żel nie przesusza skóry. Widać to wpływ aloesu bo jest ona lekko nawodniona i w dobrej kondycji. Ta wersja jednak nie nawilża skóry tak jak było w przypadku poprzedniej ("Moisturizing"). 


CENA / POJEMNOŚĆ / WYDAJNOŚĆ
Nie będę ukrywać, że zazwyczaj nie kupuję żeli za miliony monet, ponieważ nie spotkałam dotychczas takich, które byłyby tego warte. Mój limit to max 30 zł i najczęściej nie przekraczam tej kwoty.  Za każdy z tych żeli Petal Fresh zapłaciłam w Rossmannie 24,99 zł więc cena przy tym składzie jest adekwatna, choć nie najniższa. Pojemność jest raczej nietypowa, bo wynosi 355 ml - pewnie dlatego, że to marka amerykańska i tam pojemności są określane w inny sposób. Wydajność natomiast określiłabym jako średnią. Żele nie przeciekają przez palce, nie marnują się i nie potrzeba ich strasznie dużo aby umyć całe ciało ale jednak są dość rzadkie w swojej konsystencji i słabo się pienią co sprawia, że zużywam ich więcej niż "typowego" żelu z drogerii. Mogłoby być lepiej ale nie narzekam - najważniejsze, że nic się nie marnuje i nie cieknie.

OPINIA
Jestem bardzo zadowolona z obu wersji i z chęcią będę do nich wracać - tak dobre składy, pełne organicznych ekstraktów z owoców, nasion, ziół, naturalne oleje i brak wypełniaczy to coś za co naprawdę warto zapłacić te 25 złotych. Wersja z olejem winogronowym (Moisturizing) zdecydowanie lepiej się sprawdziła na mojej skórze natomiast ta cytrusowa (Refreshing) urzekła mnie zapachem. Z tego co wiem jest jeszcze chyba jedna wersja zapachowa ale nie było jej w Rossmannie i z całą pewnością będzie to mój kolejny zakup jeśli gdzieś ją dostanę. Jeśli więc szukacie żelu, który ma rewelacyjny skład, wykazuje faktyczne działanie pielęgnujące i jest świetnie dostępny stacjonarnie to serdecznie Wam polecam Petal Fresh. Mnie ta marka urzekła i z wielką przyjemnością pooglądam i zakupię inne ich kosmetyki. 

A może Wy znacie tą markę z innych produktów? Co najbardziej polecacie? Koniecznie podzielcie się swoją opinią :)

Buziaki
Martyna :)

poniedziałek, 25 września 2017

DEMAKIJAŻ I WIECZORNA PIELĘGNACJA CERY + DWA HITY, KTÓE URATOWALY MI CERĘ :) Evree, Biolaven, Vianek, Gorvita, Be beauty, Rival de Loop

Hej :)
Czasami jest tak, że nasz ulubiony sposób wieczornej pielęgnacji musi ulec zmianie. Zazwyczaj dlatego, że nasza skóra kaprysi, albo za bardzo przyzwyczaiła się do danych kosmetyków, czasami też jej potrzeby się nieco zmieniają z czasem. Ja zmieniłam swoją wieczorną pielęgnację już jakiś czas temu ale z zupełnie innych przyczyn. Pierwszym bodźcem do tego był fakt, że producent mojego ulubionego mleczka do demakijażu zmienił skład kosmetyku i nafaszerował go parafiną (DLACZEGO ONI TO ROBIĄ?!). Niestety inne dostępne na rynku mleczka kompletnie mi nie odpowiadają więc musiałam całkowicie zmienić swój wieczorny rytuał...
Kolejnym powodem był fatalny stan mojej cery wywołany przez krem z Biodermy, o którym pisałam w ostatnim poście. 
I w ten oto sposób zostałam zmuszona do poszukiwań innych rozwiązań kosmetycznych i do całkowitej rewolucji w wieczornej pielęgnacji. Teraz (po około dwóch miesiącach stosowania nowej metody oczyszczania i pielęgnacji) muszę przyznać, że zmiany, które poczyniłam wyszły mi absolutnie na plus. Jestem bardzo zadowolona ze wszystkich kroków wieczornaqj rutyny, natomiast jeśli chodzi o kosmetyki to w większości są ok, ale będę szukać coraz to lepszych specyfików.

Po tym jakże długim wstępie czas na pokazanie i kosmetyków i kolejnych kroków wieczornej pielęgnacji mojej cery. Oto one :)


1. DEMAKIJAŻ 
Do demakijażu twarzy używam dwóch kosmetyków - płynu micelarnego wyłącznie do zmycia makijażu oczu a następnie oleju do rozpuszczenia makijażu twarzy. Ten patent sprawdza mi się najlepiej, ponieważ zmywając całość tylko olejem tusz do rzęs rozmazywał mi się po całej twarzy i czułam dyskomfort ;) 

NAWILŻAJĄCY PŁYN MICELARNY BE BEAUTY - używam go wyłącznie dlatego, że akurat ten mam w domu i chcę go zużyć. Jest naprawdę ok i nie mam mu nic do zarzucenia , ale wolałabym coś o bardziej przyjaznym składzie. Jak się skończy to na pewno kupię coś innego.

Jeśli chodzi o olej to aktualnie używam zamiennie dwóch.

OLEJ KOKOSOWY -zawsze się sprawdza. Dobrze rozpuszcza makijaż, odpowiada mi jego gęsta konsystencja i to, że jest naturalny. Bardzo go lubię choć nie ukrywam, że lubię różne kompozycje olejków i też pewnie będę próbować innych, ciekawych produktów.

EVREE REGENERUJĄCY OLEJEK -  teoretycznie jest do demakijażu oczu ale u mnie świetnie się sprawdza do całej twarzy. Po płynie micelarnym nalewam niewielką ilość produktu na dłonie i masuję skórę twarzy i oczy, żeby rozpuścić makijaż. U mnie sprawdza się bardzo dobrze, natomiast siostra narzekała, że podrażnił jej bardzo oczy. Ja jestem zadowolona z niego, tylko bardzo płynna konmsystencja jest uciążliwa bo troszkę za dużo się go wylewa.


2. OCZYSZCZANIE TWARZY
Po płynie micelarnym i oleju ZAWSZE oczyszczam skórę jeszcze żelem do mycia twarzy. Nie wyobrażam sobie demakijażu bez tego kroku i uważam, że olej i rozpuszczony makijaż trzeba jednak potraktować czymś "myjącym" :) Nie może być to jednak byle jaki żel - moja skóra twarzy nie toleruje absolutnie sls-ów i innych bardzo oczyszczających substancji. Potrzebuję żelu skutecznie oczyszczającego i z dobrym składem. Używam aktualnie dwóch.

VIANEK NAWILŻAJĄCA EMULSJA DO TWARZY
BIOLAVEN ŻEL MYJĄCY DO TWARZY

Obydwa te żele zasłużyły na osobny post dlatego spodziewajcie się niedługo porównania tych kosmetyków.


3. PIELĘGNACJA
Wcześniej, po etapie oczyszczania zawsze nakładałam na twarz krem, ewentualnie olejek/serum i krem. Ten etap już się skończył i to chyba na zawsze. Dlaczego? Po tym jak krem z Biodermy zrobił mi masakrę na twarzy postanowiłam najpierw odstawić wszystko, co nie było dobrym patentem przy suchej i odwodnionej cerze. Potrzebowałam więc czegoś co nawodni cerę, nawilży ją lekko ale nie zapcha. I znalazłam :)

ALOE VERA GEL GORVITA - żel aloesowy okazał się u mnie hitem stulecia :) Ten z Gorvity jest ok, ale czytałam już że są lepsze, o ciekawszych składach i kolejnym razem kupię pewnie inny. Żel idealnie nawadnia cerę, łagodzi podrażnienia, koi i uspokaja skórę. Nakładam porcję na twarz wieczorem i od razu czuję ulgę. jednak samodzielnie stosowany żel nie jest wystarczający - on jedynie nawodni cerę ale nie nawilży jej i nie zapobiegnie utracie tej wilgoci, dlatego zawsze nakładam na niego olejek.

EVREE MAGIC ROSE - mój drugi hit i to już od kilku lat. Doskonale sprawdza się do mojej cery bo łagodzi podrażnienia i zaczerwienienia, leciutko nawilża i koi. A stosowany na żel aloesowy to po prostu geniusz. Odkąd zaczęłam stosować system żel+ten olejek moja cera wygląda świetnie. Cała masakra po kremie z Biodermy szybko się zagoiła, moje pory są w lepszej kondycji, bo nic ich nie zapycha i cera jest ładnie nawodniona i rozświetlona. Super!

MASECZKA NAPRAWCZA RIVAL DE LOOP - czasami zdarza się jednak taki dzień, że skóra potrzebuje, żeby jej "dowalić" porządnego nawilżenia i czegoś cięższego. Wtedy sięgam po tą właśnie maseczkę. Jest to najlepsza maska jaką używałam. Zawiera kwas hialuronowy, 10%mocznik i kilka olejków w składzie. Nie zapycha, a przy tym sprawia, że cera jest odżywiona, miękka, dopieszczona. Zazwyczaj stosuję ją raz w tygodniu, czasem częściej jak mam chęć - nakładam na noc i rano zmywam pozostałości. 

I to wreszcie tyle :) Z takiej rutyny pielęgnacyjnej jestem obecnie bardzo zadowolona ale będę jeszcze kombinować z kosmetykami - w końcu tyle tych dobroci jest, że ciężko się oprzeć.

A który żel aloesowy Wy polecacie najbardziej? Koreański, typu Holika Holika lub Skin79 czy raczej coś o lepszym składzie typu Equilibra? Chętnie poznam Wasze opinie.

Buziaki
Martyna!

poniedziałek, 18 września 2017

BIODERMA SENSIBIO TOLERANCE PLUS - RECENZJA KREMU


Hej :)
Dawno nie było u mnie żadnej konkretnej recenzji i czas to nadrobić, ponieważ na mojej drodze pojawił się krem - Bioderma Sensibio Tolerance Plus - który wprost prosi o opisanie go tu na blogu. Na początek krótkie przypomnienie, jaką mam cerę i czego szukam w kremie do twarzy żeby spełnił moje oczekiwania - ułatwi to mam nadzieję Wam porównanie do własnej skóry i doświadczeń.

JAKĄ MAM CERĘ?
Moje skóra twarzy jest dosyć wymagająca i w pewnym sensie "problematyczna", ponieważ nie daje się określić żadnym jednym typem. Najprędzej jej do skóry suchej. Nie jest to jednak do końca prawda - jest ona w sumie normalna ale z duuużą skłonnością do odwadniania się ogółem lub w niektórych partiach. Gdy nie pilnuję tego, żeby dostarczyć skórze nawodnienia i nawilżenia to zaczyna ona szaleć - niby się przetłuszcza trochę, rogowaceje i pokazuje mi, że broni się przed brakiem "wody". I jeszcze jedna istotna kwestia - mam rozszerzone pory i skłonność do alergii i zapychania - jeśli więc jakiś krem lub inny kosmetyk ma tendencję (choćby minimalną) do zapychania to mnie zapcha na całego i będę mieć prawie natychmiast widoczne, zatkane pory i niedoskonałości... Także skomplikowana sprawa. Jeśli jednak dbam o nawodnienie cery to jest ona "normalna" i nie sprawia żadnych kłopotów :)

CZEGO SZUKAM W KREMIE?
Jak już napisałam dla mojej twarzy priorytet to nawodnienie i nawilżenie i dokładnie to ma mi dać krem. Absolutnie nie może też zapychać ale za to dobrze by było, gdyby nadawał się pod makijaż. I tyle - nawilżanie, brak zapychania i współpraca z makijażem. Czy to duże wymagania? Jak się okazuje to są to MEGA wymagania, bo do tej pory nie znalazłam ideału ;) A jak na tle tych wymagań sprawdził się krem Bioderma? Oto recenzja.


BIODERMA SENSIBIO TOLERANCE PLUS - DLACZEGO GO KUPIŁAM?
Kiedy zobaczyłam ten krem w promocji to myślałam, że będę skakać z radości! Od dawna chciałam go wypróbować, bo słyszałam, że dobrze nawilża a przy tym jest leciutki i świetny pod makijaż. I kupiłam! Nie mogłam doczekać się następnego dnia żeby go nałożyć :) Opakowanie to estetyczny kartonik, w którym znajduje się krem z higieniczną pompką. Szata graficzna absolutnie na plus - uwielbiam takie proste, zgrabne opakowania. Pojemność kremu to 40ml, czyli mniej niż standardowe słoiczki z kremami z drogerii (50ml).

PIERWSZE WRAŻENIE
Nadszedł kolejny dzień i wreszcie mogłam nałożyć go na twarz. Z pompki wydobywa się niewielka porcja produktu - niektórym wystarczy na całą twarz, dla mnie potrzeba było dwóch pompek (najważniejsze, że nie wychodzi za dużo i nic się nie marnuje). Konsystencja kremu to bardzo lekka emulsja, która łatwo i szybko się rozprowadza. Produkt ma bardzo słaby i niezbyt przyjemny zapach (lekko octowy), ale to zapewne przez brak "ulepszaczy". Makijaż na nim wygląda bardzo dobrze, krem szybko się wchłania więc od razu można nakładać podkład itp. Nic się w ciągu dnia z makijażem nie dzieje złego. I jak dotąd, myślałam sobie - jest super, będzie hit :) Ale...


MOJA OPINIA O KREMIE
Biorąc na tapetę to co producent obiecuje - widzicie to na zdjęciu powyżej - to krem ten niewiele z tego spełnia. Absolutnie nie zgodzę się z tym, że krem ten jest przeznaczony do cery "suchej z tendencjami do pieczenia, ściągnięcia i uczucia kłucia" - ten krem nakładałam na twarz, kiedy moja buzia była w naprawdę idealnym stanie i sam ten krem wywołał uczucie pieczenia i lekkiego podrażnienia. Widoczne było niemal natychmiast po nałożeniu jak skóra robi się delikatnie czerwona i "piekąca" więc współczuję serdecznie temu, kto faktycznie nałożył krem na cerę z problemami, czyli skórę nadwrażliwą (dla której ten krem jest rekomendowany). O innych "cudach" jakie tu opisuje producent nie jestem w stanie się wypowiedzieć, ponieważ żadnych u mnie nie zdziałał - możliwe, że moja cera była w zbyt dobrym stanie, żeby cokolwiek miał szansę zrobić. Tego nie wiem. 
Kolejne "ale" odnosi się do samego nawilżenia - ten lekki krem faktycznie tuż po nałożeniu daje odczucie, że coś tam lekkiego i nawilżającego na nią położyłyśmy ale z całą pewnością nie jest to odpowiednie nawilżenie dla cery suchej. Ta lekkość to atut na początku, bo szybko się wchłania i makijaż super wygląda, ale co z tego skoro nawilżenie jest tak słabe i skóra ma niedobory ?:)

Kolejnym i chyba najważniejszym zastrzeżeniem wobec Bioderma Sensibio Tolerance Plus jest to, że krem ten w ciągu kilku dni używania moją naprawdę na tamten moment ładną cerę zmienił w "jesień średniowiecza"... Nie mogłam uwieżyć w to co widzę w lusterku każdego kolejnego dnia. Cera wyglądająca na taką "zanieczyszczoną", zaskórników od groma i cała masa niedoskonałości. I to nie takich jak zazwyczaj mi się zdarzają gdzieś na brodzie czy czole (w postaci małych krostek). Nie, a raczej nie tylko. Po tym kremie zaczęły pojawiać się wielkie, czerwone bolące pryszczole (to chyba się fachowo nazywa zaskórniki zamknięte;) i to w takich miejscach jak sam środek policzków, okolice brwi, okolice ust no i standardowo właśnie broda. Masakra. Już nie pamiętam czy kiedykolwiek miałam coś takiego na twarzy, chyba nie. Musiałam zacząć szybko reagować i "leczyć" jakoś cerę po tej rewolucji...


I ostatnia sprawa to cena kremu. Bez promocji w mojej aptece kosztuje 76 złotych. Tak, 76 złotych za krem, którego nie dość, że jest mniej w opakowaniu niż w typowych kremach do twarzy to jeszcze nie ma wcale zbyt ciekawego składu i w sumie niczym nie imponuje. Nie można powiedzieć, że krem nic nie robi ;) U mnie zrobił całkiem sporą masakrę na twarzy przy jednoczesnym braku nawilżenia i lekkim podrażnieniu. Dla mnie Bioderma Sensibio Tolerance Plus to "krem samo zło"... Nie mam pojęcia jak wykorzystać tą zawartość opakowania, którą jeszcze mam bo z jednej strony mam ochotę wywalić to do śmieci a z drugiej szkoda mi tych pieniędzy, które na niego wydałam. Jeden jedyny pozytyw z używania tego kremu jest taki, że gdy musiałam ratować skórę z opresji to znalazłam idealny sposób na to by ją szybko ogarnąć i z pewnością niedługo napiszę Wam o dwóch cudowych kosmetykach, które mi w tym pomogły.

Wracając do Biodermy, moja cera jest dość nietypowa i możliwe, że dlatego ten krem się u mnie nie sprawdził. Może u Was będzie inaczej, szczególnie jeśli szukacie jedynie lekkiego nawilżacza pod makijaż (bo w tej kwestii sprawdził się ok). Ja ze swojej strony nie mogę go polecić, bo narobił u mnie wielu szkód, w niczym nie pomógł a straciłam na niego sporo pieniędzy. Tak, więc zastanówcie się przez zakupem albo weźcie próbkę bo nie ma sensu się męczyć później.

Może są tu osoby, u których się sprawdził? Jakie macie doświadczenia z Biodermą? Dajcie koniecznie znać. Buziaki :*

Martyna

czwartek, 7 września 2017

HITY LATA 2017! La Roche Posay, Farmona, Golden Rose, Inglot, Semilac, Neonail, Rival de Loop


Hej :)
Wreszcie przyszedł czas na podsumowanie lata i kosmetyków, które spisały się na medal właśnie w tym okresie. Gdybym chciała pokazać Wam wszystkich "ulubieńców" tego lata to pewnie musiałabym dodać ze cztery posty na ten temat, bo bardzo dużo ciekawych kosmetyków przewinęło się w ostatnim czasie przez moje ręce. Ale zdecydowałam, że po prostu pokaże te kosmetyki, które sprawdziły mi się najbardziej, zrobiły jakiś efekt "wow" lub zaskoczyły mnie na tyle, że nie byłabym w stanie ich zamienić na coś innego. Oto więc moje hity lata :)


FARMONA HERBAL CARE - MASŁO DO CIAŁA LAWENDA
To cudo kupiłam przypadkiem, podczas zakupów w Biedronce - zainteresowało mnie ładne opakowanie, bardzo ciekawy skład i cena - aż 9,99 zł ;) Jest to idealny kosmetyk dla osób, które (jak ja) nie znoszą się balsamować i czekać aż kosmetyk się wchłonie ale jednak potrzebują "coś" na siebie nałożyć, żeby zadbać o skórę. Masło Farmona ma gęstą, faktycznie masełkowatą konsystencję jednak wchłania się po prostu ekspresowo. Pozostawia skórę delikatnie nawilżoną i ładnie wyglądającą (ale z długotrwałym nawilżeniem bym raczej nie przesadzała). Skład - jak na kosmetyk z Biedronki za 10 złotych - ma wprost genialny: 92% naturalnych składników takich jak np. masło shea (na drugim miejscu w składzie), oliwa z oliwek, olej kokosowy, słonecznikowy itp. Dodatkowo zachwycił mnie zapach - mimo, że nie lubię za bardzo pachnących balsamów do ciała to zapach tej lawendy jest oszałamiający (taki trochę ziołowy, długo utrzymujący się na skórze). Opakowanie praktyczne i wytrzymałe - mimo wielu upadków jedynie pogięła mi się lekko nakrętka ;) 

LA ROCHE POSAY ANTHELIOS XL COMFORT - KREM Z FILTREM DO TWARZY
Szukałam kremu z wysokim filtrem do twarzy, który nie będzie matujący (bo one często przesuszają) ale nie będę również wyglądać po nim jak świecący balon ze spływającym makijażem. I ten aksamitny krem z La Roche Posay jest idealny. Nie wysusza skóry, ładnie wygląda nałożony samodzielnie (bez makijażu) a jednocześnie świetnie współpracuje ze wszystkimi moimi podkładami i pudrami. Nic się nie warzy, nie ciastkuje ani nie roluje. Twarz trochę się świeci ale moim zdaniem dosyć naturalnie i osobiście mi to nie przeszkadzało. I NAJWAŻNIEJSZE: krem nie zapchał mi porów, o co bałam się niesamowicie, bo mam do tego duże skłonności. Ochrona przeciwsłoneczna również na najwyższym poziomie. Cena nie najniższa (około 60 zł w mojej aptece, gdzie go kupiłam) ale używałam go całe lato i jeszcze odrobina została w opakowaniu, więc wydajność super. Polecam.

LA ROCHE POSAY HYDREANE LEGERE - KREM NAWILŻAJĄCY
Tego kremu pewnie nie kupiłabym nigdy samodzielnie, bo ani skład ani jakieś szczególne właściwości nie rzuciły mi się wcześniej w oczy. Ale kupując wyżej opisany krem z filtrem dostałam w zestawie taką 15 ml próbkę właśnie tego nawilżającego kremu i przetestowałam. I okazał się po prostu świetny, ale w dosyć specyficznych momentach. Zazwyczaj stosuję kremy, które są długotrwale nawilżające i dają cały czas komfort dobrze nawilżonej cery. Hydreane Legere nie jest zupełnie takim kremem ;) To krem idealny gdy nagle, przez jakieś warunki atmosferyczne lub inne czynniki moja skóra woła: PIĆ! Mam wrażenie, że ten krem po prostu szybko nawadnia moją buzię, sprawia, że dostaje ona dawkę wody, lekkiego nawilżenia i automatycznie przechodzą jej wszystkie fochy (typu odwodnienie, suche skórki, nagłe przetłuszczanie się z powodu odwodnienia). Nie jest to jednak krem cudownie i na długo pielęgnujący naszą cerę. To albo takie koło ratunkowe albo krem do codziennego stosowania dla osób z cerą normalną. Mi bardzo przydał się tego lata i z pewnością dokupię kolejne opakowanie choć muszę przyznać, że jest to bardzo niewydajny kosmetyk bo ekspresowo go zużyłam a kosztuje około 40 złotych. 

MASECZKA NAPRAWCZA RIVAL DE LOOP
Genialna, absolutnie idealna maseczka do cery suchej lub przesuszonej i wołającej o ukojenie. Nigdy nie miałam tak dobrej maseczki do twarzy. Naprawdę nigdy i nawet na dłuższy czas przestałam je całkiem stosow3ać bo miałam wrażenie, że na mnie nie działają i nic nie robią. Ta robi :) Na drugim miejscu w składzie ma mocznik, który niesamowicie koi skórę, nawilża, zapewnia komfort, łagodzi przesuszenia i suche skórki. W ogóle skład maseczki, jak na specyfik za około 2 złote jest bogaty w wiele substancji takich jak masło shea, olej słonecznikowy, sojowy, glicerynę. I tak jak napisałam takie opakowanie (składające się z 2 saszetek) kosztuje około 2 zł a jedna saszetka wystarcza na 2 solidne użycia. Czyli za 2 zł mamy 4 razy zrobioną maseczkę. Ja zostawiam ją na noc (kładę jedynie ręcznik na poduszkę, bo trochę się klei) i zmywam resztki rano. I mam bosko nawilżoną i odżywioną skórę - nie nakłądam nawet wtedy rano kremu nawilżającego a jedynie ten z filtrem i jest bosko. Polecam :)


PODKŁAD INGLOT HD PERFECT COVERUP
teoretycznie to zupełnie nie jest podkład na lato - dość dobrze kryjący, trwały i odrobinę widoczny na twarzy. Co więc sprawiło, że nie mogłam się z nim rozstać tego lata? KOLOR! Jak pisałam wcześniej codziennie używam do twarzy kremu z filtrem 50, natomiast ciała nie smaruję już żadnymi filtrami bo nie przebywam na słońcu na tyle długo, żeby aż tak chronić się przed nim. Dlatego też moje ciało lekko musnęło słońce a twarz pozostała jasna. A zaznaczę, że mam właśnie jasną skórę ale o zdecydowanie oliwkowej tonacji. I właśnie przez tą tonację okazało się, że żaden z podkładów (a mam ich trochę) nie jest dla mnie kolorystycznie odpowiedni. Nawet Bourjois HM wyglądał na mojej twarzy zbyt różowo. Na szczęście miałam Inglot w odcieniu 81. Boski, boski oliwkowy odcień, niezwykle rzadko spotykany. Idealnie wpasował się w koloryt mojej skóry i mimo tego, że nie jest leciutki to na samym kremie z filtrem sprawdzał się cudownie (natomiast jeśli nakładałam jeszcze krem nawilżający to było już tego za dużo). Jeśli znacie inne podkłady o oliwkowych odcieniach to koniecznie dajcie znać bo ja oprócz tego nic nie mogę znależć :):):)

GOLDEN ROSE MINERAT TERRACOTTA POWDER NR 04
Bronzer idealny dla mnie na lato. Wraz z podkładem z Inglota sprawiał, że moja blada twarz w niczym nie różniła się kolorystycznie od lekko opalonego ciała. Daje on efekt zdrowej, lekko muśniętej słońcem opalenizny w oliwkowo-złotym odcieniu. Jest też subtelnie rozświetlający i twarz wygląda po prostu pięknie. Hit, po prostu hit :) Kosztował mnie 25 zł w drogerii internetowei i to chyba najlepiej wydane 25 zł w ostatnim czasie bo odkąd przyszedł to się z nim nie rozstaję a ubytku nie widać. Serdecznie polecam.

LAKIERY HYBRYDOWE SEMILAC I NEONAIL
Tak, wiem - jestem chyba ostatnią kobietą na świecie, która wzięła się wreszcie za manicure hybrydowy :) Wcześniej miałam kilkakrotnie zrobione hybrydy na pazurkach i były super ale w moim zwariowanym życiu nigdy nie miałam kiedy pójść i je zrobić/zdjąć co przy moich szybko rosnących paznokciach wyglądało nie najlepiej i kończyło się zdrapywaniem lakieru na szybko i malowaniem ich tradycyjnymi lakierami. Wszystko się zmieniło gdy postanowiłam kupić sobie "sprzęt" do wykonywania ich samodzielnie. Nie są tak piękne jak zrobione przez specjalistę, wręcz daleko i do ideału bo dopiero się uczę tej całej zabawy ale ma  przynajmniej ten komfort, że siadam w domu gdy mam chwilę czasu i robię sobie właśnie wtedy manicure. Dodatkowo po prostu przepadłam, zakochałam się bez pamięci w tych wszystkich lakierach, kolorach, fakturach, wzorach jakie można stworzyć! I mimo, iż na razie robię sobie jednokolorowe paznokcie bez szaleństw (bo innych nie umiem) to chcę się wkręcić w ten świat i uczyć coraz to nowych rzeczy. A ostatnio odkryłam niedaleko mojego domu sklep ze wszystkimi możliwymi lakierami Semilac i już wiem, że tam zbankrutuję :)

To tyle z moich letnich ulubieńców kosmetycznych. Zastanawiam się czy dam radę zebrać do kupy też tych niekosmetycznych, żeby co nieco Wam pokazać, ale nie obiecuję bo Życie pędzi jak szalone i nie na wszystko jest niestety czas. Dajcie znać co u Was sprawdziło się latem oraz czy znacie jakieś podkłądy o oliwkowych odcieniach.

będę strasznie wdzięczna. Buziaczki i do następnego postu!
Martyna

czwartek, 24 sierpnia 2017

-49% W ROSSMANN - SZYBKI PODGLĄD MOICH ZAKUPÓW :)


Hej :)
Dziś nie będę się rozwodzić na temat ani promocji -49% w Rossmannie (bo jest o tym napisane szczegółowo dosłownie wszędzie ;) ani też na temat poszczególnych kosmetyków. Dlaczego? Ponieważ w szale zakupów kupiłam sobie prawie wyłącznie nowości, których wcześniej nie używałam. Dla frajdy spróbowania czegoś nowego, dla przyjemności wieczornego spa i z nadzieją na odkrycie nowych perełek kosmetycznych. 
Jednakże nie byłabym sobą gdybym nie pokazała Wam chociaż ukradkiem co kupiłam, dlatego jedno malutkie zdjęcie musiałam tu dodać. Są to:

- Maseczki Hada Labo (które meeega mnie ciekawią)
- Maseczki Rival de Loop (kocham tą markę!, ale maseczek nie miałam jeszcze chyba)
- Maseczki Ziaja (bo zawsze się przydadzą)
- Maseczki Bielenda (ciekawa marka)
- Maska i Krem do włosów Biovax (swego czasu szalałam za maskami z Biovaxu)
- Mini odżywka z Isany (nie znam, nie wiem, zobaczymy :)
- Masło na rozstępy Palmer's (balsamu nienawidzę, może masło będzie lepsze?)
- Bio Oil (budzi u mnie kontrowersje ale dam mu szansę ;)

Kupiłam jeszcze kilka innych rzeczy ale nie objętych promocją więc nie będę ich tu pokazywać. Innym razem. Innym razem też spodziewajcie się szczegółowych recenzji wszystkich tych produktów, bo na pewno się bez nich nie obejdzie jak zużyję cały ten kram :)

Dobrej nocy!
Martyna

niedziela, 20 sierpnia 2017

PYSZNY MAKARON Z KURKAMI I ŚMIETANKĄ

Hej :)
Bardzo dawno nie było żadnego przepisu, choć jeśli obserwujecie mnie na Instagramie (@glossyyygirl) to pewnie wiecie, że kulinarnie dzieje się u mnie zawsze sporo :) Ten makaron, na który przepis dzisiaj podam robiłam jakiś czas temu ale postanowiłam go dodać tutaj póki sezon na kurki trwa. Ogólnie uwielbiam wszelkie pasty, makarony, kluski i inne takie a jeszcze w połączeniu z pysznymi świeżymi grzybami to już w ogóle :) Zapraszam więc serdecznie do skorzystania z mojego przepisu.


MAKARON Z KURKAMI
( na 4 średnie porcje)

* 350g makaronu rurki/świderki/kokardki - co lubicie
(u mnie jest to makaron bezglutenowy z Lidla)
* 200g kurek
* 100 ml śmietanki 30%
* 50g masła
* 1 cebula
* ok 50g sera Parmezan/ Grana Padano/ Pecorino (co macie)
* sól
* czarny pieprz (najlepiej świeżo mielony)
* natka pietruszki do dekoracji


Wstawić wodę na makaron (bo sos robi się naprawdę szybko) i zetrzeć sobie ser na talerzyk, żeby był naszykowany.
Kurki wrzucić do miski z bardzo zimną wodą i szybko, ale dokładnie wypłukać i przełożyć na ręcznik papierowy, żeby pozbyć się z nich wody. Zostawić je w całości chyba, że (tak jak u mnie) trafiły Wam się większe egzemplarze to wtedy pokroić na mniejsze kawałki.
Na dużej głębokiej patelni rozgrzać masło i wrzucić pokrojoną drobno cebulę. Gdy zeszkli się już ona ładnie to wtedy właśnie dorzucamy kurki.l Smażyć razem około 10 minut (w międzyczasie gotować makaron - ten bezglutenowy potrzebuje około 12 minut żeby był al dente, sugerujcie się tym co podaje producent na opakowaniu).
Do naszych kurek i cebuli dodać sporą szczyptę soli i sporą szczyptę pieprzu, wymieszać i wlać śmietankę. Gotować chwilkę sos aż nieco się zredukuje.
Dodać na patelnię świeżo ugotowany makaron (ewentualnie 2 łyżki wody z gotowania makaronu jeśli sos jest za gęsty) i starty ser.

Wszystko szybko wymieszać i od razu przekładać na talerze.
Posypać posiekaną świeżą natką pietruszki, która tutaj idealnie pasuje :)

I gotowe! Całość zajmie nam około pół godzinki a efekt jest naprawdę pyszny i sycący. Kaloriami nie ma co się tu przejmować, trzeba korzystać póki trwa sezon na takie leśne skarby :)

Smacznego!
Martyna

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

NAJLEPSZE PODKŁADY DO CERY SUCHEJ I NORMALNEJ (DROGERYJNE)


Hej :)
Dziś krótki post o podkładach, które są łatwo dostępne dla każdej z nas, mają w miarę rozsądne ceny i świetnie się sprawdzą u posiadaczek cery suchej i normalnej. A że sama jestem posiadaczką właśnie takiego typu skóry i przez moje ręce przewinęło się mnóstwo specyfików i mazideł to możecie mi wierzyć lub nie - wybrałam dla Was to co najlepsze :) Oto trzej "podkładowi" ulubieńcy :)

BOURJOIS HEALTHY MIX
Kiedyś (mniej więcej z 7 lat temu) błąkałam się po drogeriach w poszukiwaniu w miarę sensownego podkładu do mojej nietypowej cery. Większość koleżanek kupowała bez problemu podkłady z drogeryjnej półki i świetnie się sprawdzały na ich mieszanych lub tłustych cerach. Na mojej jednak każdy wyglądał źle - a to zbyt matowo, a to zbyt kryjąco ("szpachla"), a to po prostu za sucho... Gdy patrzyłam na swoją twarz z mega podkreślonymi skórkami i bardzo widocznym makijażem to miałam ochotę go zdrapać . Wydałam dużo drobnych kwot na kolejne podkłady, które ogółem dały całkiem niezłą sumkę a ja dalej nie znalazłam nic sensownego. 
I wtedy znajoma poleciła mi właśnie Bourjois Healthy Mix. Gdy zobaczyłam tą horrendalną i zawrotną jak na tamte czasy kwotę prawie 60 złotych za podkład to trochę to mną wstrząsnęło ;) Ale kupiłam i nie żałuję do dzisiaj, bo ewidentnie był to przełom w moim makijażu :)
Nagle okazało się, że mój makijaż może być lekki, subtelny a jednocześnie trwały. I przede wszystkim moja cera wygląda na zdrową, rozświetloną i po prostu świeżą! To był szok i z tym podkładem nie rozstaję się do dzisiaj.

Jaki jest Bourjois Healthy Mix?
To bardzo lekki podkład, pięknie wyrównujący koloryt cery i dający bardzo naturalny efekt. Jeśli chodzi o krycie to dla mnie ono jest zdecydowanie lekkie - niektórzy mówią, że średnie ale ja się z tym nie zgadzam. Dlaczego? Dlatego, że średnie krycie można oczywiście uzyskać stopniując efekt i dokładając podkładu jednak moim zdaniem najpiękniej wygląda on nałożony w minimalnej ilości. Skóra po jego nałożeniu jest rozświetlona, jakby lekko nawilżona i wygląda na świeżą, dziewczęcą, zadbaną. Nie ukryje on jednak żadnych niedoskonałości więc będzie potrzebny korektor tu i ówdzie. Nie sprawdzi się on również jeśli macie cerę przetłuszczającą się - będzie wam przeszkadzał nadmierny błysk. Podkład jest średnio trwały - w ciągu dnia nieco ściera się z nosa, brody ale w taki sposób, że dalej twarz wygląda bardzo ładnie. Nie podkreśla suchych skórek a wręcz je nieco "chowa" i przede wszystkim - nie zapycha!
Gama kolorystyczna jest świetna - jasne, dosyć żółte odcienie, choć w tej nowej wersji mam wrażenie, że kolory są minimalnie ciemniejsze niż wcześniej. 
Cena w drogerii to ponad 60 zł, ale w drogeriach internetowych bez problemu kupicie go za około 35 zł. 

INGLOT HD PERFECT COVERUP
To zdecydowanie najbardziej kryjący z wszystkich trzech podkładów i o najdziwniejszej formule :) Dlaczego? Dlatego, że zazwyczaj podkłady typu hd lub po prostu podkłady nieźle kryjące są dosyć wysuszające i słabo wyglądają na suchej cerze. Tu natomiast mam wrażenie, że ten podkład został stworzony z myślą właśnie o posiadaczkach takiej skóry. Jestem zadowolona z zakupu mimo, iż akurat w tym przypadku cenę uważam za nieco za wysoką - za 35 ml trzeba w Inglocie zapłacić aż 89 złotych i dodam, że nie jest to najwydajniejszy podkład jaki miałam w życiu ;)

Jaki jest Inglot HD?
Jest to podkład gęsty, bardzo kremowy i przyjemny w nakładaniu. Po nałożeniu go na skórę czujemy komfort takiej "otulonej", nawilżonej buzi, co właścicielki cery suchej z pewnością docenią, natomiast przy innym typie cery będzie to minus tego podkładu. Nie jest to również podkład, którego nie widać na skórze. Jest on widoczny w takim sensie, że widać że mamy na sobie ładny makijaż (a nie w takim, że nałożyłyśmy sobie szpachlę na twarz:). Krycie jest naprawdę niezłe więc jeśli potrzebujecie krycia i porządnego otulenia skóry na co dzień to jest to podkład dla Was. Jeśli na co dzień lubicie delikatny makijaż to ten podkład dobrze się sprawdzi na większe wyjście. Ja mam skórę suchą, czasami normalną i dla mnie Inglot HD jest absolutnie genialny na jesień/ zimę, bo wtedy moja skóra potrzebuje właśnie takiego nawilżenia, otulenia i lepszego krycia. Na lato/wiosnę jest dla mnie trochę za ciężki na dzień ale na wieczór albo na wyjście jest super.

BOURJOIS 123PERFECT CC CREAM
Ten CC Cream to po prostu geniusz i gdyby nie jedna jego wada byłby moim podkładem wszech czasów. Ogólnie na co dzień nie używam wszelkich kremów CC ani BB, bo (mimo iż lubię naturalny wygląd) te specyfiki to w większości jakaś porażka - ani to kryje ani wyrównuje koloryt więc po co nakładać sobie warstwę czegoś takiego na twarz? Jak chcę krycia to biorę podkład a jak chcę mega naturalny look to nie nakładam nic i tyle :) I pewnie sama z siebie nigdy bym tego kosmetyku nie kupiła, ale... po pierwsze miałam podkład z tej serii 123Perfect i byłam bardzo zadowolona, a po drugie ten krem CC zrobił taką furorę w Internecie, że nie mogłam powstrzymać swojej ciekawości i kupiłam (już dawno, dawno temu). I jestem zachwycona, bo okazał się lepszy niż podkład z tej samej serii :)

Jaki jest 123Perfect CC Cream?
Moim zdaniem to nie CC Cream tylko po prostu świetny podkład. Zacznijmy od tego, że ma on naprawdę idealne krycie - takie średnie, ale "porządnie" średnie i zadowalające dla większości z nas. Przepięknie wyrównuje koloryt cery, maskuje drobne przebarwienia i małych nieprzyjaciół ale przy tym wygląda bardzo naturalnie i nie tworzy efektu maski. Bardzo ładnie stapia się ze skórą, tak, że nie widać go jakoś specjalnie ale robi to co do niego należy. Jego formuła jest bardzo przyjemna - jest dość płynny, ale niewiele go potrzeba, żeby pokryć twarz i nawet przy minimalnej ilości zapewnia ładną cerę. Daje również uczycie komfortu i lekkiego nawilżenia skóry oraz zawiera w sobie filtr SPF15, co, np. dla mnie w jesienno-zimowym okresie jest wystarczające i nie muszę dokładać kolejnej warstwy kremu z filtrem. Jest to też produkt dość dobrze utrzymujący się na twarzy - po całym dniu dalej wygląda bardzo ładnie (o wiele lepiej niż Healthy Mix). Ten Krem CC w drogerii kosztuje około 60 zł ale w Internecie można go dorwać za około 35 zł.
Ideał? Prawie... Krem ten ma jak dla mnie tylko jedną, ale dość ważną wadę. Nie zastyga na twarzy i dotknięty do ubrań czy czegoś innego zostawia na tym ślady. I nie ważne jest czy go przypudrujemy, czy użyjemy fixera lub innej metody. Wkładając bluzkę przez głowę zostają ślady na dekolcie a przytulając się do dziecka zostawiamy swój makijaż na jego ubranku... Dlatego mimo mojego zachwytu nad tym kosmetykiem nie używam go gdy idę na odzieżowy shopping itp, bo dostałabym zawału, że zniszcze jakieś ubrania podczas przymiarek w sklepie.. Ale na co dzień czy do pracy sprawdza się super.

KOLORY
Poniżej zdjęcie kolorów wszystkich 3 podkładów na mojej ręce. Fotka robiona w świetle dziennym i bez lampy błyskowej. Jak widać Healthy Mix nr 52 jest najbardziej  beżowy z całej trójki i najjaśniejszy. Ten kolor jest dla mnie ok przez czas kiedy jestem bardzo blada (ale nie należę do bladziochów, mam raczej średnią karnację). 123Perfect nr 32 jest dla mnie wprost idealny przez większość roku - delikatnie zółto-oliwkowy odcień, średnio jasny, cudo :) Natomiast Inglot HD nr 81 na tym zdjęciu wypada bardzo ciemno ale nałożony w małej ilości na twarz nie wygląda aż tak. Wybrałam kolor 81 bo ma pięknie oliwkowy, rzadko spotykany w sklepach odcień. Jest dla mnie ok gdy jestem opalona, ale naprawdę ten kolor stapia się ze skórą tak ładnie, że wiosną/latem często go mogłam nosić. Jego formuła jest z kolei idealna na zimę ale jaśniejsze kolory niż ten nie są już oliwkowe więc w chłodne pory roku będę go po prostu mieszać z jaśniejszym.


I to tyle w temacie podkładów dla cery suchej i normalnej. Te trzy drogeryjne perełki z czystym sumieniem mogę Wam polecić, bo u mnie sprawdzają się super i jak dotąd na nic ciekawszego nie trafiłam. Jeśli Wy macie jakieś specyfiki godne polecenia to podzielcie się koniecznie - testowania podkładów nigdy dość :)

Buziaki
Martyna

poniedziałek, 31 lipca 2017

CHŁODNE LATO - TYP KOLORYSTYCZNY, TYPY URODY, COLD SUMMER


Chłodne lato to jak sama nazwa wskazuje najzimniejszy z 6 jasnych podtypów urody. Właśnie ten chłód jest tutaj cechą dominującą, w drugiej kolejności zaś istotna staje się jasność i brak nasycenia kolorów. 
Bycie Chłodnym Latem nie oznacza więc bycia "mroźną blondynką a'la Elza z "Krainy Lodu" :) Jasność nie jest tu decydującą kwestią i wbrew pozorom panie o tym typie urody są zazwyczaj ciemnowłose. Gdzie więc widać, że to jasny typ urody? 
Otóż chłodne lato (w przeciwieństwie do chłodnej zimy, z którą jest często mylone) o wiele lepiej prezentuje się w jasnych i średnio-ciemnych barwach. Również intensywność koloru bardzo odróżnia chłodne lato od zimy. Lato najpiękniej prezentuje się w kolorach stonowanych, lekko zgaszonych, "poszarzałych" natomiast zima (która jest czystym typem urody) ceni nasycenie i intensywność barw.
Ale dosyć tych porównań i przechodzimy do sedna, czyli opisu Pani Chłodne Lato :)

JAKA JEST PANI CHŁODNE LATO?
W odpowiednio dobranym kolorystycznie stroju Pani Chłodne Lato wygląda elegancko, kobieco i z klasą nawet jeśli ten strój to jeansy i t-shirt (swoją drogą klasyczny odcień jeansu jest dla niej stworzony :) Ten typ urody jest bardzo precyzyjny i w sumie łatwo go zidentyfikować. Dodatkowo większość ubrań w sieciówkach sprzyja właśnie takiemu typowi urody i bez problemu można znaleźć ubrania, w których będzie się dobrze wyglądać.Trzeba jedynie pamiętać o trzech charakterystycznych aspektach opisujących ten typ:

CHŁÓD - to parametr decydujący więc trzymamy się jak najdalej od ciepłych kolorów. Dodadzą nam one jedynie lat, sprawią, że cera będzie wyglądała na zmęczoną a my jak stare Ciotki Klotki :) W kolorach neutralnych będziemy wyglądać właśnie neutralnie - więc w sumie nie zaszkodzą ale szału nie zrobią. Dopiero chłodne barwy pozwolą wydobyć i podkreślić nasze atuty.

JASNOŚĆ - kolory nie muszą być całkiem jasne, równie dobrze będziemy wyglądać w średnich i nieco ciemniejszych barwach, ale ważne jest żeby były to kolory wyważone, subtelne, nie przytłaczające i najlepiej lekko "poszarzałe"/

STONOWANIE - to typ letni a więc subtelny i eteryczny, nie pasują wiec tu nasycone i intensywne barwy bo będą wyglądać kiczowato i tłamsić naturalne piękno delikatnego lata.

SKÓRA
Ewidentnie chłodna - od typowo bladych wręcz białych cer poprzez odcienie ivory, kości słoniowej, delikatne odcienie beżu aż po ciemne cery ale zawsze w różowej lub beżowej tonacji. Skóra chłodnego lata nie ma w sobie nic ze złocistości czy oliwki. Jest ona często porcelanowa z prześwitującymi naczynkami lub niebieskawymi żyłkami. W przypadku ciemniejszej karnacji, która wygląda na lekko opaloną też nigdy nie jest złocista, bo opalenizna jest bardziej neutralna, w odcieniach chłodnego brązu.

OCZY
Wszelkie odcienie niebieskiego - od jasnego aż po ciemne, prawie granatowe. Mogą być też szare, stalowe, w chłodnych odcieniach brązu aż po czerń, rzadziej zielone. Oczy lata często mają niejednorodny koloryt na tęczówce, pełen szarawych plamek i stalową obwódkę wokół niej. Brwi i rzęsy współgrają idealnie z naturalnym kolorem włosów.

WŁOSY
Wszelkie chłodne blondy (popielate, mysie, szarawe) od jasnych po te bardzo ciemne.
Chłodne brązy w odcieniach szarawych, orzechowych, czasami ze stalowym blaskiem oraz odcienie czerni.
Rudości - ale uwaga - jedynie te chłodne "różowe" rudości takie jak mahoń, kasztan czy burgund. Żadnych złocistych czy miedzianych odcieni.

KOLORY CHŁODNEGO LATA


- wszelkie chłodne, zgaszone róże (i te jasne, pastelowe i te ciemniejsze)
- odcienie Marsala
- burgundy, odcienie czerwonego wina
- odcienie chłodnej moreli, łososia


- wszelkie odcienie szarości, odcienie kamienne
- chłodne beże, ivory, kość słoniowa
- biel złamana lekko szarym, odcień śmietankowy
- lawendy, wrzosy, chłodne fiolety


- wszelkie odcienie niebieskiego, najlepiej te zgaszone
- wszelkie odcienie szaro-niebieskie, gołębie
- granatowy
- chłodne turkusy i zielenie - najlepiej zgaszone, mało nasycone

Chłodne lato całkiem dobrze znosi też kolor czarny i czerwony i mimo, że nie są to typowo kolory tego typu urody to zw względu na ich klasyczność będą dobrze wyglądać na tym typie urody (oczywiście zachowując przy tym prostotę i elegancję samego stroju).

MAKIJAŻ 
Oczywiście w chłodnej tonacji. Podkład w neutralnym odcieniu pozwoli uniknąć efektu "różowej świnki pigi" :) Natomiast cienie, kredki powinny bazować na szarości, wszelkich "kamiennych" odcieniach, chłodnych brązach. Jeśli mamy ochotę na trochę koloru można pobawić się błękitami, granatami i odcieniami śliwki ale wszystko z umiarem aby trzymać się zasady stonowania. Pani chłodne lato najlepiej prezentuje się w subtelnym i klasycznym makijażu typu lekko przydymione oko, odrobina różu i stonowana szminka. Jeśli chodzi o róże i szminki to doskonałe będą odcienie Marsala, zgaszone róże, śliwka.

BIŻUTERIA
Srebrna, z białego złota, subtelnie połyskująca. Wzory nie rzucające się w oczy, klasyczne, eleganckie. Doskonałe będą też elementy biżuterii z dodatkiem pereł, rubinów czy szafirów. Klasyka, piękno i elegancja jednym słowem :)

PRZYKŁAD CHŁODNEGO LATA
Idealnym wprost przykładem jest Księżna Cambridge Kate Middleton. Zawsze nienagannie ubrana i w 99,9 % zgodnie ze swoim typem urody - najczęściej w odcieniach granatu, błękitu, zgaszonej zieleni i wszelkich jasnych kolorach (szarościach, śmietankach, chłodnych beżach). Czasami pojawia się bordo, fiolet czy inny kolor ale zawsze w stonowanej, świetnej stylizacji. Poniżej kilka linków do świetnych stylizacji w idealnych kolorach.

Księżna Kate w boskiej sukni
Księżna Kate w eleganckim płaszczyku
Księżna Kate w turkusie
Księżna Kate w codziennej, granatowej stylizacji

We wszystkich powyższych wygląda naprawdę bosko. Natomiast bardzo ciężko znaleźć zdjęcie, na którym Księżna wygląda nie najlepiej. Znalazłam jedynie dwa na których wygląda mniej korzystnie właśnie przez zbyt ciepłe kolory. Oto one.

Księżna w pomarańczowej sukni
Księżna w brązach

Zazdroszczę tym z Was, które odnajdą w sobie Chłodne Lato bo w wizerunku Księżnej macie ideał do naśladowania :)

Pozdrawiam
Martyna

piątek, 28 lipca 2017

MÓJ CODZIENNY MAKIJAŻ W MAKSYMALNIE 15 MINUT :)

Hej :)
Dzisiaj kilka słów o moim codziennym makijażu - takim wykonywanym na szybko rano :) Jak każda kobieta chcę jakoś wyglądać ale niestety o poranku czas mam bardzo ograniczony dlatego stawiam wyłącznie na sprawdzone kosmetyki. A co w makijażu jest dla mnie najważniejsze? Przede wszystkim naturalny, świeży wygląd, delikatnie rozświetlona skóra, lekko podkreślone policzki. Nie znoszę matu i bardzo "widocznego" makijażu - może dlatego, że mam suchą skórę, której po prostu to nie służy. Oto jak wygląda mój taki naprawdę codzienny, zwyczajny makijaż oraz kosmetyki, których najczęściej używam ;)


Nie jest to nic specjalnego, ot zwyczajny, lekki make up ale na takim mniej więcej mi zależy. Na włosy zazwyczaj brakuje mi rano czasu i najczęściej mam albo "bad hair day" jak na zdjęciach powyżej albo noszę kok w stylu "kukuryku" na czubku głowy. Cóż, życie :):):) A oto moje ulubione kosmetyki, czyli sprawcy tego całego zamieszania.


PODKŁAD / PUDER / KOREKTOR
Mam ogólnie 3 ulubione podkłady, o których niedługo zrobię również post. Jednak gdy naprawdę bardzo się spieszę sięgam po Bourjois Healthy Mix. Mój odcień to 52 Vanilla. Jest leciutki, daje bardzo ładny, lekko rozświetlony efekt naturalnej skóry i jej nie obciąża. Mój ulubieniec od wielu już lat.
Korektor Catrice Liquid Camouflage to miłość od pierwszego użycia. Teraz wszystkie inne korektory poszły w odstawkę i używam wyłącznie tego. Bardzo ładnie rozjaśnia okolicę pod oczami, kryje delikatnie moje cienie i rewelacyjnie się utrzymuje. Wbrew powszechnej opinii ja nie zauważyłam, żeby u mnie przesuszał okolicę pod oczami ale nie jest to u mnie problematyczna okolica. mam odcień 020 Light Beige.
Puder... Długo szukałam pudru, który spełni moje oczekiwania, czyli utrwali makijaż ale nie będzie go matował i będzie możliwie najmniej widoczny na skórze. Ideału nie znalazłam, ale jak na razie odpowiada mi ten puder z Inglota. Jest to ten zwykły Puder Sypki (Loose Powder) w odcieniu 14, czyli najbardziej oliwkowo-żółtym jaki był. Nie powoduje matowej skóry, w miarę dobrze wygląda na skórze ale nie zauważyłam, żeby jakoś szczególnie przedłużał trwałość makijażu. 


BRWI / OCZY / RZĘSY
Moje brwi są dalekie od ideału i na razie jestem w fazie pobudzania ich do wzrostu co idzie dosyć słabo. A że strasznie ale to strasznie nie podobają mi się mega mocne, wyrysowane brwi to póki ich kształt nie stanie się w miarę ogarnięty to tylko podkreślam je lekko cieniem, żeby w ogóle było je jako tako widać. Korzystam z palety cieni MakeUp Revolution Essential Mattes 2. Cień trzeci od końca jest idealnym dla mnie szaro-brunatnym odcieniem świetnie pasującym do moich mysich brwi.
Tej samej palety używam do powiek. Na co dzień nie mam czasu się bawić cieniami więc ogólnie tylko bardzo delikatnie zaznaczam załamanie powieki jasnobrązowym cieniem (szóstym w palecie) i tyle.
Linię rzęs podkreślam bardzo delikatnie czarną kredką i zazwyczaj sięgam po kredkę Avon True Colour. Trzeba z nią jednak uważać, bo jest bardzo miękka i strasznie mocno napigmentowana więc dla delikatnego efektu tylko muskam nią linię rzęs i rozcieram.
Mam naturalnie długie i podkręcone rzęsy więc nie mogę narzekać ale pieniędzy na porządne tusze nigdy nie żałowałam. Jednak swój hit znalazłam podczas promocji w Rossmannie, gdzie z ciekawości wzięłam polecaną wszędzie maskarę  Lovely Curling Pump Up. Nie dziwię się, że wszyscy ją polecają - pięknie podkreśla rzęsy, nie kruszy się, długo utrzymuje... same pozytywy. Odkąd ją mam wszystkie inne poszły w odstawkę więc i ja Wam polecam :)


POLICZKI
Zakochałam się w bronzerze Golden Rose Mineral Terracotta Powder! Na co dzień nie konturuję twarzy (zresztą nigdy tego nie robię :) i zależy mi jedynie na lekkim dodaniu twarzy kolorów. "Przerobiłam" wiele bronzerów i większość z nich jest albo sino-fioletowa do konturowania albo ceglasto-pomarańczowa do typowego opalania. Ja natomiast mam cerę żółto-oliwkową i każdy z wyżej wymienionych odcieni bronzera wygląda u mnie źle. Za to Golden Rose jest boooski. Delikatny, oliwkowo-brązowy, lekko rozświetlający, bardzo trwały. Cudowny. Polecam. Mój odcień to oczywiście kultowy już chyba nr 04.
Róży do policzków mam całkiem sporo i sięgam po różne ale ostatnio najczęściej wybieram ten z Bourjois w odcieniu nr 16 Rose Coup De Foudre. Jest to bardzo dziewczęcy, różowo-brzoskwiniowy i lekko rozświetlający róż, który długo się utrzymuje i daje naturalny efekt.
Rozświetlacza nie używam bo róż Bourjois i bronzer Golden Rose dają już lekko rozświetlający efekt (co widać na zdjęciu na mojej twarzy) i to mi w zupełności wystarczy.


USTA
Usta rano zazwyczaj smaruję jedynie balsamem ale gdy wyglądam jak blady trup to czasami coś szybko nałożę. Najczęściej wybieram Bourjois Rouge Edition Velvet w odcieniu 10 (Don't Pink of it) bo daje bardzo naturalny efekt lekko różowego nude albo Wibo Lip Lacquer o numerze 4. Jest on w bardzo intensywnym czerwono-rózowym odcieniu ale nałożony delikatnie i roztarty daje taki efekt jak u mnie na zdjęciu - lekko zabarwionych ust jak po błyszczyku. Lubię ten efekt bo twarz od razu się ożywia a nie jestem wymalowana za bardzo.

I to tyle. Cała filozofia - dłużej pisałam ten post niż nakładam to wszystko na twarz :) Oczywiście często zmieniam kosmetyki, bo lubię testować różne nowości albo jestem po prostu ciekawa efektu jaki u mnie zrobią ale to wtedy gdy mam więcej czasu. Na większe wyjścia maluję się nieco mocniej ale też bez przesady. Najważniejsze to być sobą i podkreślać a nie maskować :)

Buziaki
Martyna