niedziela, 29 marca 2015

ULUBIEŃCY MARCA 2015


Marzec już zleciał i to tak szybko, że hej :) Aż nie mogłam uwierzyć, że to już czas na kolejnych ulubieńców, ale jednak... Tym razem bardziej makijażowo, ponieważ moimi pięlęgnacyjnymi "cudami" dalej są dokładnie te same produkty i nie chcę po raz kolejny pisać o tym samym. Wspomnę tylko, że to olejek różany z Evree, różane masło do ciała z Green Pharmacy i kosmetyki Babydream. A teraz zapraszam już na ulubieńców marca :)


ESSENCE ALL ABOUT NUDE
Na co dzień bardzo rzadko używam cieni do powiek, bo zdecydowanie szybciej mi idzie machnięcie kreski eyelinerem i wytuszowanie rzęs. Ale od czasu do czasu zaglądam do moich zbiorów i maluję jakoś fajnie oko. Tą paletkę cieni z Essence kupiłam już dość dawno temu i bardzo przypadła mi do gustu ze względu na kolory - wanilia, beż i brąz, do tego pięknie i delikatne róże oraz mocna śliwka. Pierwsze wrażenie, które możecie przeczytać tutaj wypadło bardzo dobrze, ale dopiero niedawno odkryłam te cienie naprawdę. Najlepsze w nich jest to, że mają wykończenie satynowe i rozświetlające i każdy z tych cieni pięknie wygląda na powiekach nawet samodzielnie. W dodatku nałożone na bazę (u mnie na korektor Art Scenic) trzymają się o wiele lepiej niż wydawało mi się to na początku. Paletka kosztowała 15 zł.

EVELINE MINIMAX NR 927
Od pierwszego użycia uwielbiam ten lakier... Cała seria minimax bardzo przypadła mi do gustu ze względu na bardzo dobrą trwałość i jakość lakieru w stosunku do ceny (5,99 zł). Odkąd odkryłam, że w jednym z pobliskich Rossmannów jest szafa Eveline to przy okazji dokupuję sobie kolejne kolory. Odcień 927 to cudowny lakier na co dzień - jest mleczny, bladoróżowy i tylko lekko kryjący. Od zawsze szukałam takiego lakieru, który da efekt delikatnie pomalowanych i mega zadbanych paznokci, ale nie miałam szczęścia. Część kryła za mocno, część wcale i trzeba było 20 warstw, żeby osiągnąć efekt a część zostawiała smugi... Ten lakier przy dwóch warstwach daje idealny efekt i średnie krycie (lekko prześwitują końcówki paznokci), oraz 3-4 dni trwałości bez odprysków i smug. Będzie również świetny do french manicure. Polecam :)


YVES ROCHER SEXY PULP MASCARA
Ten tusz po prostu ma coś w sobie :) Miałam jedno opakowanie, które dostałam gratis do zakupów w YR i byłam z niego całkiem zadowolona. Nie na tyle jednak, żeby kupić kolejne opakowanie o czym pisałam w jego recenzji, którą znajdziecie tutaj. Natomiast po tym jak dostałam od koleżanki kolejne opakowanie tej maskary polubiłam ją jeszcze bardziej niż wcześniej. Głównie przez to, że naprawdę świetnie wygląda na rzęsach. Jest idealny na co dzień, daje efekt "w sam raz" i długo się utrzymuje. Nawet ta jego wielka szczota mi tak już nie przeszkadza choć dalej za każdym razem się nią gdzieś upaćkam. I ostatnio używam jej codziennie i wszystkie inne tusze poszły w odstawkę. Jak mi się skończy to jednak przemyślę zakup kolejnego opakowania :)

AVON PUR BLANCA
Pisałam o niej wielokrotnie więc nie będę się rozwodzić. Mimo, iż na swojej drodze spotkałam już mnóstwo cudownych zapachów i mam kilka ulubionych to do zapachu Pur Blanca wracam z rozkoszą :) To zapach, który budzi we mnie same pozytywne skojarzenia i dalej uważam go za piękny i niepowtarzalny. Więcej na jej temat w recenzji tutaj.

To tyle w kosmetycznym podsumowaniu marca.  A jak Wam minął miesiąc?? Ilu ulubieńców udało Wam się wyłowić spośród kosmetyków?? 
Buziaki :):):)

piątek, 27 marca 2015

PUSZYSTE PANCAKES Z DODATKAMI :)


Hej :)
Tak strasznie dawno nie dodawałam żadnego przepisu, że szok :) Jakoś całkiem wyleciało mi to z głowy i gotując nie wpadłam na to, żeby zrobić jakieś zdjęcia. Przypomniały mi o tym moje ciążowe zachciewanki, które (niestety) weszły w etap słodkości... Przytyję teraz pewnie tonę, ale dzięki temu mogę Wam pokazać jeden z moich smakołyków - pancakes :) Są to pyyyyyyyszne i bardzo puszyste placuszki a'la naleśniki, które są bardzo popularne w USA. Ja nigdy tam nie byłam i nie mam bladego pojęcia jak smakują te takie oryginalne, "amerykańskie", ale te według mojego przepisu są proste, bardzo smaczne i zawsze wychodzą. Polecam i zapraszam na przepis :)

PANCAKES
* 2 szklanki mąki pszennej
* 2 łyżeczki proszku do pieczenia
* 3 łyżki cukru
* 2 średnie jajka
* 2 szklanki maślanki
* 1/2 szklanki oleju (u mnie rzepakowy)
* dodatki

Wykonanie jest niezwykle proste. W misce mieszam ze sobą suche składniki - mąkę, proszek do pieczenia i cukier. Następnie dodaję jajka, maślankę i olej i wszystko razem dokładnie mieszam aż powstanie gładkie ciasto bez grudek (takie jak na naleśniki tylko gęściejsze). Do mieszania używam trzepaczki ale równie dobrze można to zrobić mikserem. Gdy ciasto jest gotowe, rozgrzewam suchą patelnię o średnim rozmiarze (ceramiczną lub teflonową) i zaczynam smażyć placuszki. Smażę je pojedynczo wylewając jedną chochelkę ciasta na środek patelni. Czas smażenia to u mnie około 3 minuty z każdej strony. Należy jedynie uważać przy przewracaniu placuszków i przy zdejmowaniu ich z patelni bo są naprawdę bardzo puszyste :) Najlepiej smakują jeszcze ciepłe z dodatkami :)

MOJE ULUBIONE DODATKI
* serek homogenizowany waniliowy lub owocowy
* domowej roboty polewa owocowa (truskawkowa, malinowa...)
* polewa czekoladowa
* świeże owoce (truskawki, jagody, maliny, banany) i miód
* bita śmietana
* dżem lub konfitura owocowa (najlepiej domowa)
* roztopione masło + miód
* mix różnych dodatków :)

U mnie na zdjęciu widzicie pancakes z serkiem homogenizowanym (truskawkowym) i domową polewą truskawkową - pyyycha. Ale ze świeżymi owocami i bitą śmietaną lub w innej wersji też będą genialne. Polecam to danie na podwieczorek lub słodki obiad dla dzieci, albo na ciążowe zachcianki :)
Smacznego !!!


poniedziałek, 23 marca 2015

BOURJOIS HEALTHY BALANCE - RECENZJA PUDRU


Hej :)
Wreszcie wiosna!!!!!!!!!!!!!!! Nie mogłam już się doczekać i teraz cieszę się jak dziecko widząc coraz więcej zieleni, jakieś drobne kwiatki i słońce prawie codziennie. Ale dość o tym. Dziś zapraszam Was na recenzję pudru Bourjois Healthy Balance w odcieniu 52 Vanilla, który jest ze mną od października. Miałam sporo czasu, żeby go dobrze przetestować w różnych warunkach, oto więc moje spostrzeżenia.

MOJE OCZEKIWANIA
Wybierając puder zależało mi głównie na tym aby dobrze wykańczał makijaż. Nie jest to wbrew pozorom mało, ponieważ większość pudrów dostępnych na rynku to kosmetyki typowo matujące lub rozświetlające. Ja osobiście nie lubię tych matujących, ponieważ moja cera ma tendencję do przesuszania i mat nie najlepiej na niej wygląda. Poza tym lubię taki naturalny blask cery. Natomiast pudry rozświetlające czasami są zbyt rozświetlające :) W pudrze szukam dobrego wykończenia makijażu, przedłużenia jego trwałości i ładnego ujednolicenia cery. Czy Healthy Balance, opisywany przez producenta jako puder dający "matowe wykończenie i naturalny glow" sprostał tym oczekiwaniom?? 


ZALETY
* Bardzo dobrze wykańcza makijaż i stapia się z nim
* Świetnie nadaje się do gruntowania korektora pod oczami
* Ładnie ujednolica cerę
* Nie wchodzi w zmarszczki, nie zbiera się w załamaniach
* Ma piękny, jasnożółty odcień
* Ma aksamitną konsystencję 
* Jest dość drobno zmielony
* Na pędzel nabiera się w idealnej ilości
* Delikatnie poprawia krycie podkładu pod nim
* Wyraźnie poprawia trwałość makijażu
* W opakowaniu znajduje się duże lusterko
* Ma długi termin ważności (18m od otwarcia)

WADY
* Opakowanie jest dość tandetne, plastikowe, kolorowe
* W opakowaniu nie ma żadnej gąbeczki czy puszku
* Od razu po nałożeniu trochę widać go na twarzy
* Nie za bardzo podoba mi się, że jest to puder pachnący
* Jego cena regularna jest dość wysoka
* Skład jest długi i zawiera m.in. parabeny


MOJA OPINIA
Bardzo się z tym pudrem polubiłam. Najważniejsze jest to, że nie jest to ani puder matujący ani rozświetlający. Najlepszą jego właściwością jest to, że bardzo ładnie wykańcza makijaż. Tuż po nałożeniu go na pokrytą podkładem cerę efekt nie jest zachwycający, ponieważ widać go na twarzy i na pierwszy rzut oka można by to uznać za mat. Natomiast już po kilku chwilach puder zaczyna "stapiać się" z resztą makijażu i efekt jest boski. Wygląda to u mnie tak, jakbym wcale nie nałożyła żadnego pudru a jedynie dodatkowo ujednoliciła sobie cerę. Daje to bardzo naturalny look, a skóra wygląda na świeżą i pełną blasku. Bardzo łatwo się go nakłada przy pomocy pędzla (ja używam takiego w stylu flat top i bardzo delikatnie przykładam go do buzi leciutko dociskając), ponieważ nabiera się go tak "w sam raz". Nie trzeba marnować produktu i strzepywać za każdym razem nadmiaru, bo nadmiaru na pędzlu nie ma :) Jeśli chodzi o kolor to wybrałam dla siebie odcień 52 Vanilla, ponieważ używam podkładu Healthy Mix w tym samym kolorze. I puder również okazał się w dobrym odcieniu, który jest jasny (ale nie blady) i delikatnie żółciutki. 
Ale żeby nie było zbyt różowo puder ten ma też kilka wad. Przede wszystkim nie podoba mi się opakowanie, Jest ono niby solidne, ale jednocześnie tandetne, plastikowe i kolorowe. Wydaje mi się, że puder, który kosztuje w drogerii około 50 złotych powinien mieć jednak bardziej eleganckie opakowanie, które każda z nas z chęcią nosiłaby przy sobie w torebce lub z dumą trzymała w kosmetyczce. Tutaj natomiast jest trochę "wiocha" :) W dodatku opakowanie nie zawiera żadnej gąbeczki czy puszku. Osobiście i tak nakładam puder pędzlem, ale gdybym chciała go wziąć ze sobą żeby zrobić jakieś poprawki w ciągu dnia to nie ma takiej opcji - trzeba zorganizować sobie coś osobno. Jeszcze jeden drobiazg, który mi przeszkadza to zapach pudru. Nie jest może jakiś paskudny, ale wolałabym jednak, żeby kosmetyki kolorowe były bezzapachowe. 

Ogólnie bardzo mi się ten puder podoba i używam go z przyjemnością. Mam go jeszcze sporo i wydaje mi się, że jak go skończę to dla odmiany kupię coś innego. Jestem jednak pewna, że w przyszłości do niego wrócę, bo bardzo mi się podoba efekt jaki zostawia na twarzy. Jeśli szukacie czegoś co nie będzie zbyt matujące ani zbyt rozświetlające to warto spróbować. Ale kupować radzę przez internet, bo jest o wiele taniej niż w drogeriach stacjonarnych (mój egzemplarz kosztował 29,99zł).

A wy miałyście z nim styczność?? Co o nim myślicie??
Buziaczki :):):)

wtorek, 17 marca 2015

DROBNE ZAKUPY PIELĘGNACYJNE


Hej :) Dziś króciutki i nieco ubogi post zakupowy, ponieważ dalej dumnie trwam w postanowieniu "nie kupuj nowego póki nie wykończysz poprzedniego" :) Szczerze mówiąc myślałam, że przyjdzie mi to z dużym trudem, natomiast nie jest aż tak źle. Fajnie po długim czasie wyczekiwania kupić sobie coś nowego i radość z zakupów jest sto razy większa niż wtedy gdy kupowałam co popadnie :) Dziś kilka nowości i kilka stałych bywalców w mojej łazience. Oto moje zdobycze.

ISANA MEN - PIANKA DO GOLENIA
Ostatnio produkty z Isany przeżywają istny renesans w Internecie i wszyscy się nimi zachwycają. ja również mam kilka ulubionych produktów jednak teraz skusiłam się na piankę do golenia, o której naprawdę wiele dobrego czytałam. Jestem bardzo ciekawa jak się spisze, ponieważ na co dzień nie kupuję takich rzeczy - większość z nich po prostu bardzo mnie uczula. Dam znać jak się spisuje, ale nawet gdyby nie okazała się hitem to nie będzie mi szkoda - kosztowała w promocji 4,99 zł i zawsze może ją wykończyć mój mąż :)

INTIMEA EMULSJA DO HIGIENY INTYMNEJ DLA DZIEWCZYNEK
O tym produkcie również ostatnio jest głośno, więc w momencie gdy skończył się mój ukochany płyn Facelle uznałam, że czas wypróbować ten. Jest on dostępny w Biedronce za 3,99 zł za butelkę 400 ml więc cenowo jest bardzo kuszący. Słyszałam również, że jest delikatny, nie podrażnia i w ogóle same ochy i achy... Wypróbowałam go już przez kilka dni i na ten moment mogę powiedzieć, że nie rozumiem czym tu się zachwycać?? Z pewnością napiszę recenzję jak zużyję więcej, bo jak na razie to nic specjalnego.

OLEJ KOKOSOWY
Po tym jak wykończyłam całe zapasy oleju monoi (olej kokosowy z ekstraktem z gardenii), który namiętnie używałam do demakijażu postanowiłam kupić coś tańszego, czyli naturalny olej kokosowy. Zamówiłam na allegro, ale trochę czasu zajęło mi znalezienie go w dobrej cenie, odpowiedniej pojemności i przede wszystkim wytłaczanego na zimno. Wreszcie kupiłam opakowanie 340 ml w szklanym, praktycznym słoiczku. Działą tak samo jak monoi, tyle, że pachnie kokosami a nie kwiatami. 

BABYDREAM OLIWKA DO CIAŁA
To już moje kolejne opakowanie. Bardzo lubię ją używać do ciała po kąpieli bo świetnie natłuszcza, uelastycznia skórę i bardzo przyjemnie pachnie. 

BABYDREAM ŻEL DO MYCIA 
Również mój hit. Nie zawiera żadnych silnych detergentów, delikatnie oczyszcza skórę, ładnie pachnie, ma pompkę i dużą pojemność. Czego chcieć więcej?? :) W tym przypadku można nim również myć włosy i twarz. Szkoda tylko, że jest mało wydajny. Tak czy siak to mój ulubieniec i tak już chyba pozostanie :)

To tyle. Muszę zrobić przegląd kosmetyków - co mi się tam już kończy i kiedy mijają daty przydatności. A co u Was?? Jak tam Wasze zakupy z ostatnich tygodni??
Buziaki :)

czwartek, 12 marca 2015

BOURJOIS ROSE COUP DE FOUDRE - RECENZJA RÓŻU


Hej :) 
Idzie wiosna i chyba to sprawiło, że ostatnio częściej szperam w zbiorach mojej kolorówki. Robię przegląd i przypominam sobie co ciekawego mam i co przyda mi się w nowym sezonie. Dziś napiszę Wam parę słów o różu, który od wielu lat jest uznawany za produkt prawie kultowy. Dlaczego? Bo jest dostępny na naszym rynku już tak długo, że wiele z nas kojarzy go z dzieciństwa z kosmetyczek naszych mam :) A jak sprawdził się u mnie?? Czy spełnił oczekiwania?? Zapraszam na recenzję :)

MOJE OCZEKIWANIA
Kupiłam ten róż głównie dlatego, że bardzo lubię markę Bourjois. Namiętnie używam ich podkładów, lubię puder i kilka innych produktów. Natomiast nie miałam żadnego typowo "kolorowego" kosmetyku i mój wybór padł właśnie na kultowy róż. Oczekiwałam, że będzie miał piękny kolor, przyzwoitą trwałość i dawał ładny efekt na policzkach. Co do samej aplikacji to nie wiedziałam czego się spodziewać.


ZALETY
* Jest to róż wypiekany
* Jest dostępna ogromna gama kolorów i odcieni
* Kolor nr 16 jest bardzo naturalnym, brzoskwiniowym odcieniem
* Zostawia na skórze satynowe wykończenie i lekki blask
* Jest średnio napigmentowany
* Rewelacyjnie pozwala budować kolor na policzkach 
* Jest trwały i nie traci blasku przez długi czas
* Opakowanie zawiera pędzelek i lusterko
* Opakowanie jest malutkie ale bardzo poręczne, zamykane na magnes
* Jest niesamowicie wydajny
* Nie pyli i nie marnuje się podczas nakładania

WADY
* Cena - opakowanie 2,5 g kosztuje około 50 złotych
* Kultowy zapach różu mi nie do końca odpowiada
* Zawiera delikatne drobinki, których nie widać na skórze
* Jest dość twardy i trzeba nauczyć się go odpowiednio nabierać i nakładać



MOJA OPINIA
Ogólnie róż bardzo mnie zaskoczył - zarówno pozytywnie jak i negatywnie. Negatywem okazał się przede wszystkim zapach. Nie przepadam za perfumowanymi kosmetykami kolorowymi, ale w przypadku tego różu był on opisywany jako jeden z jego walorów od wielu lat. Mi osobiście ten zapach tylko przeszkadza. Nie jest on może jakiś brzydki, ale dla mnie zdecydowanie zbyt mdlący. Kolejnym małym minusikiem jest to jak twardą konsystencję ma ten róż. Ja jestem przyzwyczajona do różu sypkiego (mineralnego) a także do prasowanych kosmetyków, ale o zdecydowanie aksamitnej, pudrowej konsystencji. Tu natomiast pierwsze wrażenie to twardy jak kamień róż. Przez to, że ma on taką a nie inną formę a dodatkowo dość średnią pigmentację wydaje się na początku, że nie będzie to fajny produkt. Okazało się to jednak jego wielkim atutem :) Dlaczego?? Ponieważ absolutnie nie można sobie zrobić nim krzywdy, a kolor na policzkach można budować. I w dodatku jest to tak delikatny produkt, że można go nakładać i nakładać aż osiągniemy naprawdę idealny efekt. Kolor nr 16 jest bardzo naturalnym, brzoskwiniowym odcieniem - wprost idealny na wiosnę i lato. Oprócz koloru róż daje jeszcze delikatne rozświetlenie na policzkach dzięki temu, że jest wypiekany. Jest to bardzo subtelny efekt, ale na co dzień jak dla mnie świetny. Sam róż również jest rewelacyjny na co dzień i do torebki, bo jest niesamowicie uniwersalny - ma praktyczne, małe i zamykane na magnes opakowanie, które dodatkowo jest wyposażone w małe lustereczko i pędzelek (całkiem fajny). 

Podsumowując, jestem bardzo z niego zadowolona i na co dzień bardzo lubię go używać. Jest to produkt dla osób niedoświadczonych w nakładaniu różu (nie zrobicie sobie krzywdy) lub dla takich, które cenią bardzo naturalny, dziewczęcy efekt. Jeśli natomiast lubicie mocno napigmentowane róże, którymi jednym pociągnięciem potraficie zrobić cuda to raczej was ten kosmetyk nie zachwyci. Ja z chęcią wypróbowałabym jeszcze inne kolory, ale cena 50 złotych za takiego maluszka to troszkę za dużo żeby kupować kilka sztuk (nie ma to też sensu, bo róż nigdy się nie kończy :). 

To tyle. A Wy korzystałyście z tych róży?? Macie swoje ulubione kolory??
Buziaki :)

piątek, 6 marca 2015

BELL SKIN2SKIN ROUGE - RECENZJA RÓŻU :)


Hej :)
Dawno nic nie było u mnie o kosmetykach do makijażu, bo jakoś tak używam w kółko tego samego :) Ale dziś postanowiłam opisać Wam pokrótce róż, który posiadam w swojej kolekcji już ponad pół roku i mało o nim wspominałam. Zapraszam więc na recenzję :)

MOJE OCZEKIWANIA
Róż trafił do mnie przez przypadek - podczas zakupów w Biedrze kilka miesięcy temu zauważyłam małe stoisko z przecenionymi kosmetykami marki Bell. Zaciekawiły mnie one głównie ze względu na ceny ale też dlatego, że wcześniej nie miałam produktów tej firmy. A że kosmetyki były bardzo przecenione to nie było już zbyt wielkiego wyboru i róż był dostępny tylko w jednym kolorze - nr 22 (jasnoróżowy). I nie oczekiwałam od niego niczego, bo kosztował mnie 2,99 zł :):):)


ZALETY
* Bardzo dobra pigmentacja
* Ładny i dość neutralny odcień
* Dobrze się rozciera na policzkach
* Jest bardzo tani (w cenie regularnej około 8 złotych)
* Ma lekko satynowe wykończenie
* Bardzo naturalnie wygląda na policzkach 
* Nie zawiera drobinek
* Jest bardzo miękki

WADY
* Jest bardzo miękki
* Bardzo dużo nabiera się go na pędzel
* Potwornie pyli podczas nabierania i nakładania !!!
* Tandetne, plastikowe opakowanie 
* Średnia trwałość



MOJA OPINIA
Ogólnie ten kosmetyk pozytywnie mnie zaskoczył - zazwyczaj takie bardzo tanie róże albo są twarde jak kamień i ciężko je nabrać na pędzel, albo są tak słabo napigmentowane, że musimy pół godziny machać pędzlem dla uzyskania jakiegoś koloru :) W przypadku tego różu jego konsystencja jest bardzo miękka, co według mnie jest i zaletą i wadą... Zaletą dlatego, że wystarczy muśnięcie pędzlem i mamy nabrany produkt. Natomiast jest to też wada - produktu (nawet przy muśnięciu pędzlem) nabiera się bardzo dużo i dodatkowo strasznie dużo kosmetyku pyli się wszędzie. Pigmentacja różu jest naprawdę niezła i szybko możemy uzyskać kolor na policzkach (trzeba jedynie uważać, żeby sobie serio nie nabrać tony produktu na pędzel, bo wtedy mamy za mocny efekt). Odpowiednio nałożony róż ma ładny kolor (na pierwszy rzut oka wydaje się dość chłodny ale po nałożeniu okazuje się naprawdę neutralny). Wygląda on na policzkach naturalnie i świeżo i ma satynowe wykończenie. Co do innych rzeczy to opakowanie jest strasznie badziewiaste - jest to najzwyklejszy, tandetny plastik, a wieczko różu po kilku użyciach może zacząć odpadać. Na szczęście mi nigdzie nie upadł, bo raczej nic by z niego nie zostało.

Jeśli więc macie ochotę wypróbować jakiś tani róż o dobrej pigmentacji to można spróbować. Ja natomiast mimo wielu pozytywnych cech raczej do niego nie wrócę. Dlaczego? Dlatego, że róże to produkty tak wydajne, że prawie nigdy się nie kończą (chyba, że ich termin ważności minie). Wolę więc zapłacić odrobinę więcej i mieć kosmetyk, który nie będzie tak problematyczny w codziennym użytkowaniu (pylenie, opakowanie) a i tak będzie opłacalny, bo wystarczy na baaardzo długo. Tak czy siak za taką cenę cieszę się, że go wypróbowałam :)

A Wy miałyście z nim styczność??
Buziaki :)


poniedziałek, 2 marca 2015

ULUBIEŃCY LUTEGO 2015


Hej :)
Luty tak szybko zleciał, że szok i nadszedł marzec. A co to oznacza?? Że możemy już żegnać zimę i wypatrywać pierwszych (i kolejnych, i jeszcze następnych) oznak wiosny :) Zaczynają się dwie najbardziej lubiane przeze mnie pory roku i samopoczucie mam po prostu świetne. Rozglądam się za wiosennymi butami i ubraniami, zachwycają mnie pastele i słońce za oknem - przedwiosenny standard. Ale póki co muszę jeszcze zrobić kosmetyczne podsumowanie lutego, bo akurat w tym miesiącu znalazłam kilka naprawdę godnych uwagi kosmetyków. Oto więc one :)


GREEN PHARMACY MASŁO DO CIAŁA
Mam to masełko w wersji "Róża piżmowa i Zielona Herbata" i po prostu zakochałam się w jego zapachu. Jest to głównie aromat róży i przypomina mi właśnie taki różany ogród. Zapach jest również bardzo zbliżony do żelu pod prysznic z Lirene o tej nazwie. Samo masło nie jest szczególnie cudowne - nawilżenie bardziej przypomina lekki balsam niż masło ale nie jest też wcale takie złe. Bardzo mi się podoba za to jego gęsta konsystencja i miłe dla oka opakowanie.

OLEJ MONOI
Jak dla mnie jest to najlepszy produkt to demakijażu jaki w życiu miałam. Jak już Wam pisałam w recenzji, na początku dziwnie mi było nakładać olej na pełny makijaż ale szybko się przekonałam jakie to wygodne i skuteczne. Nakładam olej, rozmasowuję go na twarzy i zostawiam na chwileczkę. Następnie biorę szmatkę muślinową/tetrową lub mały ręczniczek, moczę go w ciepłej wodzie i pomału przykładając do twarzy ścieram olej i rozpuszczony makijaż (ręczniczek trzeba podczas tej czynności kilkakrotnie płukać). Efekt? Naprawdę rewelacyjnie oczyszczona skóra i przyjemny zabieg w jednym :)

EVREE MAGIC ROSE
Bez tego olejku też już trudno mi wyobrazić sobie życie. Ma wszechstronne zastosowanie- świetnie sprawdza się pod makijażem, jako serum samodzielnie i pod krem, jako kosmetyk i na dzień i na noc, jako olej do wzbogacania maseczek itp.... Ja na co dzień stosuję go rano i wieczorem samodzielnie lub pod krem (w zależności od tego czego w danym dniu chce moja cera). Nie dość, że delikatnie nawilża, świetnie współpracuje z innymi kosmetykami to jeszcze genialnie wpływa na koloryt cery (redukuje zaczerwienienia). O pięknym, różanym zapachu już nawet nie wspomnę :)


AVON PUR BLANCA
Powrót to mojego najstarszego, perfumowego ulubieńca :) Tu na zdjęciu widzicie nowe opakowanie, bo poprzednie doszczętnie wykończyłam w lutym i cieszę się, że ciągle mam jakiś zapas tego zapachu w szafce. Nie są to ani drogie ani ekskluzywne perfumy ale zapach jest bardzo mój - delikatny, świeży, lekki, odpowiedni na każdą porę roku i dnia. Uwielbiam od zawsze i chyba tak mi już zostanie :) Recenzję znajdziecie tutaj.

NIVEA DRY COMFORT PLUS
I kolejny wielki powrót w moim wykonaniu. Ten antyperspirant w kulce był przez długi okres czasu moim ulubieńcem. Potem jednak zaczęłam go "zdradzać" z innymi. Dlaczego? Głównie dlatego, że nie miałam nigdy problemów z poceniem i było mi obojętne czego używam. Miałam również chęć przetestowania odrobiny nowości w tym względzie. I przez jakiś czas tak sobie właśnie sprawdzałam inne kosmetyki i było ok. Ale jak się okazało ciąża jest bardzo zaskakującym stanem i pomimo tego, że naprawdę nigdy dotąd nie miałam żadnych kłopotów z poceniem tak teraz to się zmieniło. Zauważyłam, że burza hormonalna i dodatkowe kilogramy powodują większe i zdecydowanie nieprzyjemne pocenie, z którym dotychczasowe antyperspiranty zupełnie sobie nie radzą. A że nie chciałam w ciąży kombinować z jakimiś silniejszymi preparatami to wróciłam właśnie do kulki Nivea Dry Comfort. I powiem jedno - mój problem minął jak ręką odjął :) Polecam :)

To by było na tyle z zimowych ulubieńców - kolejni już wiosną :):):) A jak u Was sprawdziły się te produkty?? Dajcie znać.
Buziaczki :)