czwartek, 27 lutego 2014

PERFECTA MASECZKA GŁĘBOKO NAWILŻAJĄCA - MINI RECENZJA :)


Hej :) Czas mnie dziś goni niesamowicie, ale musiałam znaleźć chwilkę na dodanie posta o jednej z ostatnio zakupionych ostatnio rzeczy. O tym, że maseczki to jeden z najpopularniejszych produktów marki Perfecta wiedziałam już dawno. Są tanie, łatwo dostępne i jest ich wiele rodzajów, dzięki czemu zawsze można coś wybrać dla siebie. Ja kupiłam sobie dwie: rozświetlającą (czyli tzw. koktajlową:) i głęboko nawilżającą, a potem dokupiłam jeszcze odżywczą. Jak na razie udało mi się zużyć właśnie tą głęboko nawilżającą i o tym dzisiaj parę słów :)

ZALETY:
* Cena 1,89 zł za saszetkę zawierającą 8 ml
* Jedna saszetka wystarcza na ok. 3 aplikacje
* Dostępna w każdym Rossmannie i innych drogeriach
* Bardzo przyjemna i wygodna aplikacja - po prostu nakładamy na twarz i zostawiamy
* Nie trzeba jej spłukiwać - resztki wcieramy w skórę, lub zbieramy wacikiem
* Zaraz po aplikacji (w ten sam dzień lub na drugi) 
nasza cera jest wyraźnie w "lepszym nastroju" :)
* Buzia po aplikacji jest miękka i przyjemna w dotyku
* Delikatny, kremowy zapach produktu
* Niweluje suche skórki
* Nie zapycha porów

WADY:
* Maseczka zawiera parafinę
* Zawiera również parabeny
* Efekt nawilżenia jest tylko chwilowy
 * Działa jedynie doraźnie i jej stosowanie nie poprawia ogólnego stanu cery


Kiedy pierwszy raz nałożyłam tą maseczkę, to usiadłam w niej na kanapie i wzięłam opakowanie, żeby poczytać co dobrego mnie czeka po jej zastosowaniu. Gdy spojrzałam na skład i zobaczyłam parafinę, chciałam lecieć do łazienki i spłukiwać to z twarzy (nie ma to jak sprawdzić skład dopiero gdy ma się coś na sobie:). Parafina w kosmetykach bardzo często zapycha moje pory i robią mi się później okropne i bardzo bolące niespodzianki na buzi (do których normalnie nie mam tendencji). Ale cóż jak już nałożyłam maseczkę to zostawiłam ją na twarzy i okazało się, że wcale nic złego mi się po niej nie stało. Buzia wyglądała promiennie, była mięciutka, gładziutka i miła w dotyku. Ale najważniejszy efekt jaki mi dała to wygładzenie suchych skórek w okolicach nosa i czoła.... Nigdy nie mogę się ich pozbyć i często tuż przed ważnym wyjściem nagle się pojawiają. Ale teraz mam już na nie sposób - maseczka parę godzin wcześniej i problem z głowy :) Nawilżenie i ładny efekt na buzi trwa oczywiście tylko chwilę (max 1 dzień) i z pewnością ta maska nie uratuje suchej i odwodnionej skóry, a jedynie doraźnie poprawi jej kondycję. Ale moim zdaniem i tak warto jej spróbować i ja na pewno do niej będę wracać - szczególnie wtedy gdy będzie mi zależało na ładnym, rozświetlonym makijażu bez żadnych okropnych skórek :)

Pozdrawiam :)

 

wtorek, 25 lutego 2014

GLAM ROCK - MIŁA ODMIANA DLA GRZECZNYCH DZIEWCZYNEK :)

Hej :) Wiosna w tym roku idzie do nas w siedmiomilowych butach i niedługo wniesie do naszych szaf intensywne kolory, pastele, delikatne tkaniny i lekkie kroje. Natomiast zanim zagości u nas na dobre, napiszę Wam parę słów o "stylu", w którym zakochałam się tej zimy. Mam na myśli Glam Rock, czyli połączenie kobiecości z nutą drapieżnego look'u. Nigdy wcześniej ani nie kupowałam rzeczy tego typu, ani jakoś specjalnie nie przywiązywałam do niego uwagi, ponieważ z natury wolę proste fasony i minimalizm w "ozdobnikach". Co mnie więc zauroczyło i przekonało do tego stylu?

* To, że fasony tego typu rzeczy są proste i jednocześnie kobiece.
* Że tak naprawdę każda z nas ma w swojej szafie coś co świetnie wpisuje się w taką stylizację. Wystarczy im się przyjrzeć i odpowiednio dopasować.
* Że przecież nie trzeba nosić rzeczy mocno osadzonych w danym stylu od stóp go głów :)
* To, że często wystarczy drobny detal, by cała stylizacja nabrała glam rockowego wymiaru i nie kosztuje nas to dużo wysiłku.
* Jest to niezwykle efektowny look - niby prosty a z charakterem :)
* Idealny wprost dla kobiet, które na co dzień ubierają się jak szare myszki (tak jak i ja) - bez trudu przekształcimy zwykłe ciuchy w lekko drapieżny strój, dzięki czemu od razu poczujemy się młodziej i pewniej :)
* Dla mnie to niezastąpiony look na wieczorny wypad z przyjaciółkami czy facetem.

Ja osobiście nigdy nie staram się dopasowywać do jakiegoś stylu - wręcz przeciwnie !!! To styl musi być dopasowany do mnie :) Dlatego też pokaże Wam parę rzeczy, które pomogły mi zmienić zwykłe, codzienne rzeczy w mini glam rock :)

1. ĆWIEKI


Obojętne jest to gdzie będą i ile ich będzie. Ja najbardziej lubię te na butach i innych dodatkach. Do takich balerinek jak na zdjęciu wystarczą zwykłe czarne rurki, biały top i na przykład kilka efektownych bransoletek i fajny look gotowy (a która z nas nie ma tego typu rzeczy w szafie :) Jeśli jednak nie macie ćwieków równie dobrze możecie poszukać w szufladach złotych lub srebrnych guzików w różnych rozmiarach i rodzajach i je naszyć sobie na przykład na top lub kieszeń spodni - super efekt :)

2. ZIPY
Czyli wszelkiego typu zamki, suwaki - jak zwał tak zwał :) Oczywiście ważne jest to, żeby były one na wierzchu i jak najlepiej widoczne. Moim zdaniem najciekawiej wyglądają na ołówkowych spódnicach, gdzie idą przez całą jej długość, albo z tyłu bluzki czy topu - dzięki temu zachowany jest kobiecy styl :) Zipy mogą mieć różną długość i kolor. Mi jednak najlepiej podobają się niewielkie i złote (tak jak na zdjęciu poniżej) - nadają charakteru, ale nie odwracają uwagi od ważniejszych rzeczy :)


3. KOLORY 
Ten styl mi osobiście kojarzy się z neutralnymi barwami, ponieważ intensywne kolory wzbogacone dodatkowo w zamki i ćwieki wyglądałyby zbyt bajecznie :) Królem jest tu oczywiście najczarniejsza czerń, ale w zestawieniu z bielą, kremem czy złotem daje mimo wszystko subtelny i kobiecy zestaw. Jeśli macie ochotę na żywszy kolor to pięknie to komponuje się również z bordo :)

4. KOBIECE NUTY PRZY ROCKOWYCH DODATKACH
Jeśli zainwestowałyście w jakieś super rockowe buty czy dodatki z wyraźnym, stylowym zacięciem dobierzcie do tego proste spodnie/spódnicę i delikatny top - dzięki temu nie dość, że Wasza kobiecość będzie podkreślona to jeszcze wyeksponujecie efektowny dodatek :) Ja bardzo lubię do czarnych rurek i ćwiekowych butów dobierać zwiewne bluzeczki (jak ta poniżej na zdjęciu - lekko luźna z koronki i tiulu). A biżuteria? Ta złotawa wpasuje się tu idealnie :)



5. MAKE UP I PERFUMY
Żeby nasz look był spójny możemy użyć mocniejszych, bardziej "drapieżnych" perfum :) Od razu poczujemy się kobieco ! Przy takiej stylizacji również w makijażu możemy się zdecydować na smoky eye lub czerwoną szminkę i seksowny wygląd mamy jak w banku :)


Ciekawa jestem czy Wy lubicie taki styl ?? Ja bardzo często ostatnio widzę na ulicy kobiety ubrane właśnie w ten sposób i po prostu nie mogę się napatrzeć :) Kobiecość, a zarazem charakter i styl - to jest to. Ale najważniejsze żeby dobrze się czuć w tym co mamy na sobie i podkreślać wszystkie nasze atuty :)

Buziaki!

poniedziałek, 24 lutego 2014

GOLDEN ROSE RICH COLOR


Hej :) Dziś napiszę Wam parę słów na temat lakieru, który w ciągu ostatnich dni zawładnął moim sercem :) Oczywiście jak widać na zdjęciu jest to Golden Rose Rich Color. Kupiłam go przez Internet całkiem niedawno, ze względu na niesamowicie dobre recenzje na innych blogach. Kosztował mnie on jedyne 6,90 zł za opakowanie zawierające 10,5 ml. Wybrałam kolor nr 13, który jest pięknym, koralowym odcieniem różu. Muszę przyznać, że nie mogłam się już doczekać kiedy wreszcie przyjdzie moja paczka, ponieważ po tak obiecujących opiniach liczyłam na prawdziwy hit. I nie zawiodłam się :) Oto więc zalety i wady tego lakieru, jakie zaobserwowałam podczas użytkowania.

ZALETY:
* Cena (6,90 zł)
* Pojemność (10,5 ml)
* Wygodna aplikacja dzięki szerokiemu i płaskiemu pędzelkowi
* Już jedna warstwa daje dobre krycie 
* Możliwość stopniowania koloru 
(jedna warstwa daje u mnie koralowy róż, a przy drugiej kolor jest już prawie czerwony)
* Bardzo ładna i elegancka buteleczka
* Lakier szybko schnie na paznokciach
* Występuje w bardzo wielu kolorach
* Kolory są intensywne, żywe, a odcienie po prostu przepiękne

WADY:
* Trwałość 2-3 dni
* Średnia dostępność 
(sklepy Golden Rose lub Internet)
* Bardzo intensywny "lakierowy" zapach
* Trudność z wyborem koloru przez Internet


Ta ostatnia wada jest akurat dla mnie najistotniejsza.... W mojej okolicy nie ma sklepów ani stoisk Golden Rose, więc jestem zmuszona do zakupów przez Internet. I wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że zarówno na stronie Golden Rose jak i w wielu drogeriach internetowych żeby wybrać kolor mamy do dyspozycji jakieś dziwne próbniki zamiast po prostu buteleczek z lakierami. Kolory na tych próbnikach bardzo, ale to bardzo odbiegają od tego jak lakier wygląda na żywo (przynajmniej te, które miałam okazję zobaczyć). Widać to ewidentnie gdy sprawdzimy jakiś kolor na próbniku i porównamy go z kolorem jaki zobaczymy po wpisaniu numeru danego lakieru w wyszukiwarkę. Zdjęcia, które wyszukamy pokazują zazwyczaj coś zupełnie innego i tym radzę się kierować :) Nie zmienia to jednak faktu, że lakiery są naprawdę rewelacyjne jak za tak niską cenę i właśnie przymierzam się do zakupy kilku kolejnych. Trwałość jest niewielka, ale przy tak wygodnej aplikacji jestem w stanie robić manicure częściej.

A Wy macie swoje ulubione kolory z tej serii?? Ja rozglądam się za jakimiś pięknymi pastelami na wiosnę, więc jeśli macie swoje typy to piszcie śmiało :)

Buziaki :)

SOCZYSTE STEKI Z KARKÓWKI


Hej :) Dziś przepis na szybkie i proste mięsko, które od razu kojarzy mi się z letnim grillem w ogrodzie. Niestety teraz mimo słoneczka za oknem jest o wiele za zimno, żeby grillować, ale usmażyłam karkówkę na patelni i wyszła też całkiem niezła.

SOCZYSTE STEKI Z KARKÓWKI
* Plastry karkówki 
(ilość i grubość zależy od Was)
* Cytryna
* Sól
* Pieprz (czarny, świeżo mielony)
* Ewentualnie odrobinka oleju 
(w zależności na czym smażycie)


Karkówkę myjemy i oczyszczamy a następnie leciutko rozbijamy tłuczkiem (ale nie wyżywajmy się zbytnio na naszym mięsku - chodzi tylko o to, żeby przyprawy lepiej się wchłonęły :). Następnie każdy plaster przyprawiamy solą i pieprzem (mała szczypta soli i mała szczypta pieprzu na każdą stronę mięsa). Przyprawy lekko wcieramy w karkówkę i gdy wszystkie steki są tak przygotowane to wkładamy je do miseczki i skrapiamy sokiem z połowy cytryny. I do lodówki na godzinkę jeśli mamy tyle czasu :)


Do smażenia najlepiej użyć patelni grillowej lub ewentualnie porządnej patelni teflonowej (w innym przypadku konieczne będzie użycie oleju). Naszą patelnię nagrzewamy i kładziemy nasze plastry mięsa. Smażymy z obu stron tak długo aż uzyskamy najlepszy dla nas stopień wysmażenia (krwisty, średnio lub mocno wysmażony) - u mnie w domu oczywiście wszyscy lubią wysmażone prawie na skwarki :). Gdy mięso jest usmażone przekładamy je na półmisek, skrapiamy sokiem z połowy cytryny i gotowe :) Ja najlepiej lubię jeszcze na talerzu skropić stek cytryną (idealnie współgra to z mięsem) i jeść razem z mieszanką sałat. Polecam.




Smacznego :)

niedziela, 23 lutego 2014

SZMINKI W CIEPŁYCH I ZIMNYCH ODCIENIACH + SWATCHE


Hej :) Wreeeeszcie mogę dodać post na temat czegoś co pasjonuje mnie od dawna, a mianowicie na temat ciepłych i zimnych tonów w makijażu :) Jest to temat dosyć dyskusyjny, ponieważ wiele osób różnie postrzega odcienie i w ogóle ciężko czasem jednoznacznie określić czy dany kolor jest typowo zimny lub ciepły bez porównania go z innym. Ogólnie zasada jest taka: 

ODCIENIE CIEPŁE
Wpadają w złotawe tony, mają w sobie zawarte brzoskwiniowe/pomarańczowe pigmenty. Bardzo często tego typu odcienie są określane przez producentów kosmetyków jako właśnie złote, morelowe, brzoskwiniowe, koralowe. 

ODCIENIE ZIMNE
Są to te kolory, które posiadają niebieskawe pigmenty. Często tego typu odcienie są albo zgaszone i wpadają lekko w "trupio-fioletowy" odcień, lub zawierają srebrzyste tony czy posiadają "mroźną" poświatę. 

Przedstawiam Wam więc trzy pary szminek zestawione tak, że jeden odcień jest ciepły a drugi zimny. Wybrałam trzy najpopularniejsze i najczęściej używane gamy kolorystyczne czyli delikatny róż, intensywny róż i tonację beżowo-brązową.

DELIKATNY RÓŻ


Pierwsza szminka to Błyszczykowa Pomadka Do Ust Lovely w kolorze 07 (kupiona w Rossmannie za około 9 zł). Jest to ewidentnie ciepły odcień różu, delikatnie wpadający w brzoskwiniowe tony i mający lekko złotawą poświatę.
Druga szminka to Ladycode by Bell w różowym kolorze (kupiona w Biedronce za około 8 zł). Jest to chłodny odcień, mieniący się srebrzystą i mroźną poświatą.
Oba kolory są delikatne i lekko kryjące, natomiast odcieniem różnią się diametralnie, co możecie zobaczyć tutaj:


Ja (jako ciepły typ urody) zdecydowanie lepiej czuję się na co dzień w tej pierwszej, ale czasami taki mroźny róż też używam dla ożywienia, lub jako mocny akcent. W szminkach typu tej Ladycode pięknie będą wyglądać dziewczyny w zimnym typie urody.

INTENSYWNY RÓŻ


Pierwsza szminka to Calvin Klein Delicious Luxury w odcieniu Mesmerize (drogeria internetowa, około 59 zł). To typowo chłodny odcień pomadki, ewidentnie wpadający w niebieskie tony. Sam kolor jest zgaszonym różem i właśnie te tony powodują, że przypomina on trochę bordo.Ładny odcień dla chłodnego typu urody, z którym będzie świetnie współgrał.
Druga szminka to Catrice Ultimate Colour w kolorze nr 250 Matt About Pink (drogeria internetowa, 16,99 zł) . Jest to również intensywny róż, ale z dużą zawartością oranżowych i koralowych pigmentów, przez co odcień jest typowo ciepły. W moim przypadku pięknie ożywia cerę, wydobywa zieleń oczu i świetnie wygląda.


TONACJA BEŻOWO-BRĄZOWA


Szminka pierwsza to przepiękna Chanel Rouge Lumiere w kolorze 51 Flash (prezent od mamy:). Jest to ciepły brąz wzbogacony złotymi drobinkami i dający możliwość stopniowania koloru od lekkiego, jasnego brązu do ceglastobrązowego. Pięknie współgra ze złotawym odcieniem skóry i opalenizną. 
Druga pomadka to Maybelline Hydra Extreme w kolorze 721 Pinky Beige (Rossmann, 18,99 zł). Bardzo ją lubię na co dzień mimo, że kolor jest zimny i lekko "trupi" :) Na ustach daje delikatny efekt, ale lepiej by się spisała na kimś kto ma zimny typ urody ze względu na właśnie lekko fioletowe tony.


To już wszystkie pomadki jakie dziś chciałam wam pokazać. Znalezienie idealnego dla siebie odcienia wiąże się też właśnie z naszym typem urody, którego określenie jest już totalnym cyrkiem :) Dla jasności napiszę Wam parę słów na temat tych dwóch głównych typów :)

TYP CIEPŁY
to dziewczyny o złotawej/żółtawej karnacji, lekko złocistych włosach, opalające się na miodowy odcień. Jesteście typem ciepłym jeśli na przykład pasują wam najbardziej podkłady w odcieniach miodowych, warm beige, champaigne, vanilla itp. Ja akurat jestem właśnie typem ciepłym i u mnie widać to właśnie po jasnym ale lekko brzoskwiniowym odcieniu skóry i maleńkich złotawych plamkach na mojej zielonej tęczówce oka.

TYP ZIMNY
to dziewczyny o różowawej, porcelanowej cerze, włosach mieniących się srebrzystym blaskiem i ustach o lekko fioletowawym zabarwieniu. Jeśli najczęściej wybieracie i najlepiej się czujecie w podkładach w odcieniu ivory, porcelain, sand, cold beige itp. to właśnie tym typem jesteście. 


Zasadę, że dziewczyny o ciepłym typie urody powinny malować się ciepłymi odcieniami, a zimne - zimnymi radzę traktować z przymrużeniem oka. W moim przypadku akurat przy wyborze szminki i różu ta zasada świetnie się sprawdza, ale jak tylko nałożę jakiś ciepły kolor na moje powieki to wyglądam na 10 lat starszą... :) 

W przypadku szminek ciepłe kolory ładnie podkreślają walory mojego typu urody, czyli współgrają ze złotawym odcieniem skóry, ożywiają i podkreślają kolor oczu. Jednak czasami mam ochotę na pomadkę w typowo chłodnym odcieniu i po dobraniu jej do reszty makijażu również czuję się w niej nieźle. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, żebyście Wy czuły się w danym kolorze i odcieniu dobrze i aby dana szminka wydobywała i podkreślała to, co w Was najładniejsze :)

Buziaki :)

KOTLECIKI Z KURCZAKA POD PYSZNĄ PIERZYNKĄ :)


Hej :) Kotlety z kurczaka to w naszych domach bardzo popularne i lubiane danie i często gości na naszych stołach. Czasami jednak sama mam wrażenie, że troszkę mi się już "przejadły" i fajnie by było troszkę urozmaicić tą potrawę. Na szczęście, kiedyś na weselu znajomych podano je właśnie w takiej formie i od tego czasu robię je dość często, bo są przepyszne i łatwe.

PRZEPIS NA OKOŁO 5-6 KOTLETÓW

KOTLETY:
* 1 podwójna pierś z kurczaka
* 1 duże jajko (albo 2 małe)
* 4-5 łyżek mąki
* Bułka tarta
* Sól, świeżo mielony czarny pieprz
* Olej
* Wykałaczki :)

FARSZ PIECZARKOWY
* Około 40 dag pieczarek
* 1 średnia cebula
* Płaska łyżeczka vegety/kucharka
* Duża szczypta pieprzu ziołowego
* Olej
OKOŁO 100-150 G SERA ŻÓŁTEGO NA WIERZCH

 
Bazą są oczywiście tradycyjne kotlety z kurczaka, które możecie przyrządzić według własnego i sprawdzonego przepisu lub posiłkować się moim, który jest równie prosty i tradycyjny. Oto więc link do przepisu: 
 
Tak przygotowane mięso przekładamy na półmisek lub inne naczynie, które jest odporne na temperaturę i przygotowujemy naszą "pierzynkę" :)


Cebulę obieramy i kroimy w drobną kostkę. Pieczarki oczyszczamy, obieramy i kroimy na pół i w cieniutkie półplasterki. Na patelni rozgrzewamy niewielką ilość oleju i najpierw podsmażamy lekko cebulkę. Dodajemy do tego pieczarki, posypujemy wszystko kucharkiem i pieprzem ziołowym i smażymy chwilę, aż pieczarki odparują i będą miękkie. Tak przygotowany farsz nakładamy na kotlety (około 1 dużej łyżki) i wszystko to posypujemy startym na tarce serem żółtym (najlepiej nadaje się edamski, gouda lub salami).

Teraz pozostało nam jedynie tuż przed podaniem włożyć kotlety na 1-2 minuty do mikrofalówki lub piekarnika (chodzi o to, żeby ser żółty się rozpuścił). Kotlety są już gotowe i świetnie smakują polane lekko keczupem !!! Spróbujcie koniecznie :)
Smacznego :)

sobota, 22 lutego 2014

AVON TRESELLE MYSTIQUE EDT - ZMYSŁOWY I CZARUJĄCY ZAPACH :)


Hej :) Zima, jak widać za oknami, zaczyna odchodzić w zapomnienie i długie, romantyczne wieczory zaczynają być coraz krótsze :) Nic nie stoi jednak na przeszkodzie żebym napisała Wam o zapachu, który moim zdaniem idealnie wpasowuje się w zimową aurę, a przy tym jest po prostu niesamowicie kobiecy. Nie wiem dlaczego, ale od dłuższego czasu jest on niedostępny w katalogach Avon i nieźle się natrudziłam ostatnio, żeby zdobyć tą buteleczkę, dlatego chcę napisać Wam o nim teraz, bo gdy mi się skończy mogę go już nie dostać nigdzie... 


W katalogach Treselle Mystique jest (był?) opisywany jako namiętna i tajemnicza kompozycja upajających nut kwiatowych udekorowanych seksownymi akordami drzewnymi i zmysłowym aromatem czarnego miodu. Główne nuty to pieprz, lukrecja, tuberoza, róża, które zostały wzbogacone o akordy drzewne i właśnie czarny miód. Flakon jest po prostu przepiękny - smukły, czarno-złoty z subtelną, czarną zatyczką. Wygląda tak, jakby w środku była zamknięta jakaś niesamowicie pociągająca trucizna, która baaardzo kusi :)


Moim zdaniem zapach jest niesamowicie pociągający, seksowny i kobiecy. Zdecydowanie kojarzy mi się z kobietą pewną siebie, świadomą swoich walorów, tajemniczą i kuszącą do granic możliwości :) Jest to zapach za którym sama odwróciłabym się na ulicy, bo nie sposób potraktować go obojętnie - tylke w sobie zawiera! Jest lekko nachalny, intensywny i słodki dzięki zawartości nut miodu, lukrecji i akordów drzewnych. Ale to nie wszystko - tuberoza i róża nadają temu zapachowi bardzo kobiecy charakter, a podkreślenie tego wszystkiego lekko pieprznym aromatem po prostu doprowadza do szaleństwa :) Oczywiście z zapachami jest tak, że każdy ma swój indywidualny wyznacznik piękna, ale jeśli mnie czytacie to wiecie, że ja uwielbiam wszystkie perfumy... Każde kryją w sobie coś wyjątkowego, jakiś zamysł tej osoby, która je tworzyła, jakieś skojarzenia czy wspomnienia. Warto więc ich wąchać jak najwięcej i szukać tych, które będą tworzyć nasz wizerunek i wprawiać nas w odpowiedni nastrój. Treselle Mystique zdecydowanie polecam na romantyczne, zimowe wieczory we dwoje lub na wielkie wyjście do eleganckiej sukienki. Nie mam pojęcia, czy gdziekolwiek można je jeszcze dostać, ale jak będziecie je gdzieś widzieć to koniecznie sprawdźcie sobie ich zapach :)

Buziaki :)

SAŁATKA Z ANANASEM - NAJ, NAJ :)


Hej :) Dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić przepisem na moją najulubieńszą sałatkę ever :) Jeśli miałabym do końca życia jeść tylko jedną, to z pewnością byłaby to właśnie ta, ponieważ zawiera wszystkie moje ulubione składniki: ananasa, por, seler, kukurydzę itp. 
Przepis zaczerpnęłam z bloga "Kuchnia domowa Ani", który bardzo serdecznie Wam polecam, bo przepisy są świetne (znajdziecie go pod tym linkiem http://kuchnia-domowa-ani.blogspot.com/ ). W oryginalnym przepisie zmodyfikowałam ilości składników według własnego gustu i jestem zachwycona tą sałatką - nie dość, że smaczna, to jeszcze kolorowa:) Oto więc przepis na dosyć sporą porcję (wychodzi duża miseczka - w sam raz na jakąś imprezkę lub na 2-3 dni).

SAŁATKA Z ANANASEM
* 1 puszka słodkiej kukurydzy
* 2 słoiczki selera sałatkowego
* 1 puszka ananasa
* 1 duży por 
(biała część - im większa tym lepsza)
* Około 35 dag wędliny z kurczaka lub indyka 
(najlepiej, żeby nie była wędzona i miała dużą zawartość mięsa, np. polędwica z kurczaka lub filet z indyka)
* 5-6 jajek ugotowanych na twardo
* Majonez Winiary - ok. 200 - 250 ml.
* Sól (tylko do pora)


Na początku musimy zająć się porem. Odkrawamy białą część, dokładnie ją płuczemy i kroimy na pół i w półplasterki. Wrzucamy go do małej miseczki, solimy jedną większą szczyptą soli i odstawiamy na bok, żeby por puścił sok (dzięki temu nie będzie gorzkawy i stanie się miękkszy).


Następnie szykujemy dużą miskę, w której będzie nasza sałatka i zabieramy się za krojenie innych składników. Wędlinę kroimy w kostkę, jajka za pomocą kółeczka lub noża w drobną kostkę. 


Seler odcedzamy z zalewy na sitku i lekko przelewamy wodą. Ja osobiście jeszcze go kroję na krótsze nitki, ale, jeśli wolicie, możecie zostawić go w takiej formie. Kukurydzę również odsączamy i wrzucamy wszystko do naszej miski. Plastry ananasa kroimy w mniejsze cząstki wedle uznania (możecie również kupić już pokrojonego i ten etap mieć z głowy :) .


Wszystko wrzucamy do miski i mieszamy. Teraz wracamy do naszego pora, którego delikatnie odciskamy z powstałego soku i również dodajemy do sałatki. Na koniec dodajemy tylko majonez i wszystko dokładnie mieszamy. Tak wygląda gotowa sałatka:


Smacznego :)


piątek, 21 lutego 2014

A SMALL STEP FOR NATURAL CARE :)



Hej :) Nie wiem, czy wspominałam Wam już, że jestem bardzo podatna na różnego rodzaju marketingowe zagrania różnych firm... Nie ważne, czy chodzi tu o kosmetyki, odzież albo rzeczy do domu. Bardzo lubię gdy produkty, które kupuję są sprzedawane w ładnym opakowaniu, mają ciekawą nazwę, fajny zapach i są zachwalane przez producentów w jakiś inspirujących spotach reklamowych. Idąc na zakupy od razu instynktownie zwracam uwagę na te najbardziej ciekawe pudełeczka, na metki, marki czy nazwy znajome z telewizji. Jest to zupełnie normalne, ponieważ obecny rynek odzieżowy czy kosmetyczny jest tak duży, że czasami ciężko się w tym wszystkim odnaleźć i chcąc nie chcąc wracamy do tego co nam najbardziej znajome, czyli sieciówek, kosmetyków popularnych itp. Niestety ostatnio coraz częściej przekonuję się, że sporo firm w swoim funkcjonowaniu bazuje właśnie na marketingu a nie na jakości produktów. Kupujemy przykładowo szampon, którego reklama leci w telewizji co 15 minut, lub krem reklamowany przez jakąś superstar a w domu okazuje się, że to jakieś totalne badziewie naszpikowane najgorszą chemią jaką da się w to wpakować...

Mimo wszystko uwielbiam kupować zarówno w sieciówkach jak i drogeriach, ale staram się zawsze zwracać uwagę chociażby na skład (kosmetyku czy odzieży) i słuchać cennych rad koleżanek i sprawdzonych blogerek urodowych, które są niezastąpione :) W ostatnim czasie coraz częściej zauważam, że "na topie" są kosmetyki naturalne - oleje (jojoba, makadamia, kokosowy, lniany), toniki ziołowe, szampony, balsamy i żele pod prysznic okrojone z całej tej najgorszej chemii (SLS, silikony, parafina, parabeny)... Bardzo mnie ten temat zaciekawił, ale nie wiem na razie co na ten temat myśleć... Ale nie byłabym sobą gdybym nie chciała sprawdzić na własnej skórze czegoś nowego :) Postanowiłam, że nie warto zaczynać "z grubej rury" i z cudownych szamponików i balsamików przerzucać się od razu na namaszczanie olejami :) :) :) Po prostu będę uważniejsza i bardziej surowa podczas czytania składów kosmetyków i zobaczę, czy rzeczywiście brak niektórych substancji wpłynie korzystniej na stan mojej skóry i włosów :) 


Eksperyment z włosami już zaczęłam jakiś czas temu gdy zaczęłam stosować maski L'Biotica Biovax. Zawierają one wiele naturalnych i bardzo cennych składników (np. oleje naturalne, keratynę, ekstrakt z henny, proteiny jedwabiu itp.) a są pozbawione parabenów, SLS, glikolu propylenowego. Z efektów jak na razie jestem bardzo, bardzo zadowolona więc będę korzystać z nich dalej :)

Teraz przyszedł czas na ciało :) Kompletnie nie wiedziałam co kupić, żeby skład kosmetyku był jak najbardziej przyjazny i naturalny (bo o dziwo kosmetyki z naturalnymi i wartościowymi składnikami nie są reklamowane...) więc uznałam, że na początek warto zajrzeć na półkę z produktami dla niemowląt :) Bardzo się uśmiałam, ponieważ Pani Ekspedientka widząc moje zakupy zaproponowała mi kartę zniżkową dla mojego dziecka (a nie posiadam takowego) :D Zdecydowałam się na zakup kosmetyków z linii Babydream, ponieważ co nieco na ich temat słyszałam:


BABYDREAM OLIWKA PIELĘGNACYJNA DLA NIEMOWLĄT
Dostępna w Rossmannie, 6,99 zł za 250 ml. Zawiera olej migdałowy i olej z jojoba, nie zawiera barwników, substancji konserwujących, olejów mineralnych i parafinowych. 

 
BABYDREAM ŻEL DO MYCIA NIEMOWLĄT
Również można kupić w Rossmannie - 9,99 zł za 500 ml. Opakowanie z wygodną pompką.  Żel nie zawiera mydła, olejów mineralnych i parafinowych, barwników i konserwantów. Zawiera natomiast pantenol, wyciąg z rumianku i ma neutralne pH. 


Kupiłam również chusteczki HUGGIES PURE, których używam już od kilku lat i jestem nimi zachwycona, bo są cudowne do demakijażu (jeśli używamy kosmetyków niewodoodpornych). Nie podrażniają, nie uczulają i bardzo delikatnie usuwają makijaż i zanieczyszczenia z twarzy nie przesuszając skóry. Kosztują około 7 zł za 64 chusteczki (chociaż ostatnio widzę je ciągle tylko w 3-paku za 14,99 zł).

Poczyniłam więc swój pierwszy, nieśmiały krok w stronę kosmetyków bardziej naturalnych i będę czekać na rezultaty. Jeśli mi się spodoba efekt tak jak w przypadku maseczek Biovax, to kto wie czy nie zacznę odkrywać naturalnej strony życia :) Jak na razie wszystko przede mną, bo kompletnie w tym momencie nie znam się na tym w jakie produkty warto by było zainwestować, więc wszelkie porady mile widziane :) A co Wy myślicie o działaniu kosmetyków popularnych w stosunku do tych bardziej naturalnych?? 

Buziaki :)




czwartek, 20 lutego 2014

PASTA CON RAGÙ, CZYLI MAKARON Z SOSEM MIĘSNO-POMIDOROWYM


Raz w miesiącu przychodzi taki czas, kiedy jestem ciągle głodna, a w dodatku rozdrażniona i płaczliwa. Wszystkie dziewczyny pewnie doskonale wiedzą o czym mówię - to uroczy PMS :) I kiedy właśnie zaczyna się ta okropna faza staram się jakoś poprawić sobie samopoczucie i (skoro i tak jestem wściekle głodna) zjeść coś pysznego i szybkiego. I muszę przyznać, że nic tak nie poprawia mi humoru jak właśnie talerz makaronu z sosem pomidorowym :) Przepis jest banalnie prosty, a smakuje super, więc warto spróbować :)

PASTA CON RAGÙ
(porcja na około 4-5 osób)

* 500 g makaronu 
(ja najlepiej lubię tutaj rurki)
* 0,5 kg mięsa mielonego (wieprzowego)
* 3-4 ząbki czosnku
* Duża cebula
* 2 pomidory
* 0,5 l passaty
(włoski przecier pomidorowy; w każdym markecie za ok.3 zł)
* Sól, pieprz, bazylia, zioła prowansalskie 
*Olej


Na wstępie musimy naszykować sobie warzywa. Cebulę kroimy w drobną kostkę, czosnek obieramy ze skórki i przeciskamy przez praskę, a pomidory obieramy i również kroimy w kostkę. Teraz możemy już się brać za mięso. W rondlu (na tyle dużym, żeby pomieścił cały "późniejszy" sos) rozgrzewamy około 2-3 łyżki oleju i wrzucamy mięso mielone. Solimy je do smaku i podsmażamy (aż zrobi się sypkie). Dodajemy do niego naszykowany czosnek, cebulę i pomidory i dusimy wszystko razem około 5 minut. Następnie wlewamy do tego passatę i gotujemy 15 minut często mieszając. Doprawiamy solą, pieprzem, odrobiną bazylii i ziół prowansalskich. W czasie kiedy nasz sos się robi, gotujemy makaron według przepisu na opakowaniu. Gdy jest gotowy, odcedzamy go, wrzucamy do rondelka z sosem i wszystko razem mieszamy. Ważne jest to, żeby podać go gdy jest świeżo ugotowany, bo jest wtedy najpyszniejszy :) Na talerzach można posypać makaron lekko parmezanem. I tym sposobem w niecałe pół godzinki mamy gotowy poprawiacz nastroju na ciężki czas w miesiącu :) Smacznego!

Gorący i parujący sos :)

Gotowy makaron :)

wtorek, 18 lutego 2014

PYSZNY MANHATTAN COLOUR LOOP :)


Hej :) Dzisiaj dzień nie należał do najlżejszych, dlatego też napiszę parę słów o kosmetyku, którego używanie jest bardzo przyjemne i smakowite.Jest to błyszczyk, który kupiłam podczas styczniowych zakupów - MANHATTAN COLOUR LOOP. Zapłaciłam za niego około 7,99 zł i mimo tego, że do kosmetyków stulecia to on się raczej nie zalicza, jestem nim zauroczona :)

CZYM SIĘ CHARAKTERYZUJE ?
Jest to zakręcony, kolorowy błyszczyk  zamknięty w prostym opakowaniu o pojemności 6 ml. Ma typowo błyszczykowy aplikator z gąbeczką. Jego data ważności to 12 miesięcy od otwarcia . Mój jest w kolorze 45B RED PASSION i jest "Made in Poland".



ZALETY:
* Bardzo fajne opakowanie (proste, ładnie, nie przekombinowane)
* Wygodny aplikator
* Piękny, cukierkowy zapach
* Na pierwszy rzut oka wygląda jak truskawkowo-śmietanowy sorbet :)
* Ma ładny, półprzejrzysty kolor
* Świetnie współpracuje z pomadkami (nabłyszcza usta)
* Kolory są po prostu urocze i mają ciekawe nazwy
* Jest bardzo tani
* Łatwo dostępny

WADY:
* Trwałość - po kilkunastu minytach niestety już go nie ma :(
(i szminki pod spodem przy okazji też)
* Jest lekko lepki na ustach (tak, włosy też się przyklejają:)
* Ładnie nabłyszcza, ale nie nawilża ust wcale a wcale
* Mimo, że kolor jest półprzejrzysty to trzeba chwileczkę pomachać aplikatorem po ustach żeby kolor był równomierny i bez smug



Wady wydają się kosmiczne, a mimo to moim zdaniem to fajny produkt. Nie nadaje się po prostu na wielkie wyjścia, gdy chcemy mieć piękny makijaż ust przez cały wieczór. Ale na co dzień jest bardzo ciekawy w użytkowaniu. Trzyma się krótko, ale z przyjemnością dokładam go sobie na usta i cieszę się uroczym zapachem. Do tego dodaje blasku matowym szminkom i optycznie powiększa usta. Opakowanie jest super, idealne do torebki. Za tak niską cenę nie wymagam od błyszczyka wiele, a ten bardzo mi się spodobał i lubię go używać. Jest to dosyć znany produkt, więc pewnie nie raz miałyście z nim styczność. Z chęcią więc poznam Wasze opinie na temat tego produktu jak i innych fajnych błyszczyków, które udało Wam się odkryć :)

Buziaki :)

niedziela, 16 lutego 2014

LUKSJA CARE PRO - KTÓRE MLECZKO WYBRAĆ ?


Hej :) Minęło prawie dwa miesiące odkąd razem z czasopismem "Flesz" kupiłam pierwsze mleczko z serii Luksja Care Pro (z olejem sezamowym). Używałam tej buteleczki zawierającej 250 ml  i zrobiłam o tym produkcie również post, a następnie kupiłam w jakiejś promocji dwie pozostałe wersje mleczka (z olejem z pestek dyni oraz z mleczkiem owsianym) o pojemnościach 500 ml żeby porównać ich właściwości. Muszę się przyznać, że zawsze byłam totalnym żelo-wykańczaczem, ale tym razem przeszłam samą siebie, bo wszystkie trzy butle są już puste :) Nie wiem jak to zrobiłam, ale dzięki temu wyczynowi mogę dziś z czystym sumieniem Wam napisać co o nich myślę :)


LUKSJA CARE PRO NOURISH
Jest to mleczko pod prysznic zawierające olej z pestek dyni. Według producenta ma ono właściwości nawilżające, natłuszczające i wygładzające. A według mnie ? Z pewnością mogę napisać, że pod względem właściwości to akurat ta wersja najmniej się u mnie sprawdziła. Po prostu zwykłe mleczko pod prysznic i nic poza tym. Ma kremową konsystencję, nie przesusza skóry, ładnie myje. Ma więc wszystkie zalety dobrego żelu pod prysznic i z pewnością warto go na sobie sprawdzić, szczególnie, że moim zdaniem akurat ten właśnie najładniej pachnie (delikatnie, kremowo, subtelnie). Natomiast jeśli oczekujecie od mleczka ciut więcej to raczej wybierzcie inną wersję.


LUKSJA CARE PRO SOFTEN
Ta wersja została wzbogacona o mleczko owsiane, które (według producenta) ma nadawać naszej skórze miękkość, gładkość i elastyczność. Co zaobserwowałam? Ten produkt rzeczywiście lekko zmiękcza skórę i sprawia, że jest miła w dotyku, co jak na tanie mleczko pod prysznic moim zdaniem zasługuje na duży plus. Oprócz tego ładnie myje i nie przesusza skóry więc nie zrobi nam żadnej krzywdy nawet zimą, gdy skóra jest podrażniona. Zapach ma bardziej intensywny niż wersja Nourish, ale również całkiem przyjemny (jakby kwiatowo-owocowy). 


LUKSJA CARE PRO ENRICH
O tym mleczku już robiłam cały post, ale muszę przyznać, że na tle pozostałych z tej serii to właśnie ten jest moim faworytem i na pewno kupię go jeszcze nie raz :) Ma troszkę denerwujący zapach, ale za to właściwości są super. Zawiera olej sezamowy i według producenta ma nadawać skórze gładkość, elastyczność oraz tworzyć naturalny film ochronny na powierzchni skóry. Wszystko to rzeczywiście się sprawdza i moja skóra (która jest sucha na wiór i czasami aż się łuszczy po kąpieli) jest bardzo ładnie nawilżona. Film, który pozostaje na skórze nie sprawia żadnego kłopotu - wręcz przeciwnie, czuję się jakby moja skóra była już dawno nabalsamowana :) Tak więc z pewnością warto go wypróbować, bo dla suchej skóry jest świetny.


Podsumowując, wszystkie trzy mleczka mają wiele zalet:
* Niska cena
* Dostępność
* Nie przesuszają skóry
* Można wybrać wersję idealną dla siebie
* Mają kremową konsystencję
* Mają właściwości nawilżające i lekko odżywcze
* Zawierają oleje, glicerynę, kwas mlekowy
* Bardzo proste, ładne i wygodne opakowanie

Ale wady również się znajdą:
* Wydajność
*Zawartość SLS
* Zapachy są przyjemne, ale nie każdemu mogą odpowiadać

Ciekawa jestem czy Wy również próbowałyście tych mleczek i czy macie swojego ulubieńca ?? Ja cieszę się, że miałam okazję ich używać i jednocześnie, że już się skończyły, bo wreeeszcie będę mogła spróbować czegoś innego :)

Buziaki :)