Etykiety

poniedziałek, 16 października 2017

PANI JESIEŃ - TYPY URODY, ANALIZA KOLORYSTYCZNA. WPROWADZENIE.

Hej :)
Tym razem mi się udało - nowe posty o analizie kolorystycznej pojawią się w idealnym czasie i Pani Jesień oraz jej podtypy urody pojawią się właśnie wtedy gdy za oknami mamy piękną, złotą jesień. Dziś zapraszam Was na wprowadzenie, czyli ogólną charakterystykę urody jaką możemy spotkać w przypadku Pań o jesiennych cechach - mam nadzieję, że dzięki temu od razu będziecie wiedzieć czy to coś w czym możecie odnaleźć siebie czy też nie. Przyznam, że akurat typ urody "jesień" jest chyba dla mnie typem najbardziej nieoczywistym, skomplikowanym i różnorodnym ze wszystkich czterech urodowych pór roku, dlatego nie łudzę się - nie będzie łatwo go opisać  :) A zatem do dzieła!

W swoich dotychczasowych doświadczeniach spotkałam się z tym, że kobiety nie lubią dowiadywać się o tym, że jednak są jesienią... Z czego to wynika? Zazwyczaj mamy w głowie wyobrażenie samych siebie jako świeżych, dziewczęcych Rusałek czyli Wiosny, delikatnych eterycznych blondynek czyli Lata albo tajemniczych, ciemnych Zim. Pani Jesień natomiast kojarzy nam się z niezbyt urodziwą kobietą o rudych/kasztanowych włosach, z piegami i zielonymi oczami w stylu "Ani z Zielonego Wzgórza" i nie pasuje do naszej "wizji". Jest to mylne wyobrażenie, bo jak już w poprzednich postach pokazałam żaden typ urody nie jest tak oczywisty i jednorodny (poza tym rudowłose pieguski częściej są ciepłymi wiosnami niż jesienią) ;) Dlatego Drogie Jesienie - uwierzcie mi, że bycie tym typem urody to nic złego i skupcie się uważnie na kolejnych postach abyśmy razem mogły wydobyć Wasze piękno!

fall-autumn-leaves-on-the-ground-picjumbo-com
OGÓLNIE O JESIENI

Po wiośnie i lecie, które były jasnymi typami urody nadszedł czas Pani Jesień, która należy już do ciemnej kategorii. Czy to oznacza, że wszystkie kobiety o tym typie urody są brunetkami o ciemnej karnacji? Absolutnie nie :) Oznacza to jedynie, że u Pani Jesień jej urodę wydobędą ciemniejsze barwy i takimi powinna się otaczać. Jasne kolory jeśli są w odpowiedniej tonacji również nie będą przeszkadzać natomiast typowo blade odcienie i na dodatek niedopasowane sprawią, że cera Pani jesień będzie wyglądać na starszą i mniej świeżą a ona sama może wyglądać nieco kiczowato.

Istotną cechą Jesieni jest to, że to ciepły typ urody czyli ciemniejszy odpowiednik wiosny (choć nie tak dosłownie ;) W zależności od podtypu jest różne nasycenie tego "ciepła" - od balansującej na granicy neutralności Pani Zgaszona Jesień, przez często oliwkową Ciemną Jesień aż do typowo Ciepłej Jesieni.

Ostatnim ważnym aspektem Jesieni jest to, że jest to typ zgaszony. Oznacza to nic innego jak "miękkość" wizerunku, brak wyraźnych kontrastów, subtelne przenikanie się barw włosów, cery i ogólna harmonia. Natężenie tej cechy również jest zależne od jesiennego podtypu oraz indywidualnych cech każdej z nas.

PODTYPY URODY JESIENI

CIEMNA JESIEŃ - dominującą cechą w wizerunku jest intensywność ciemniejszych barw, przez co ciemna jesień często przez początkujących jest mylona z zimą. Natomiast ciepło tych ciemnych barw oraz subtelność wizerunku zdecydowanie różną te dwie "pory roku" od siebie. 

ZGASZONA JESIEŃ - siostrzany typ Zgaszonego Lata, również balansujący na granicy ciepła i zimna z przewagą jednak tych cieplejszych tonów. Podtyp ten jest zazwyczaj bardzo harmonijny, bez kontrastów. Może i jest on pozbawiony wyrazistości ale zyskuje delikatnością i idealnym dopasowaniem kolorystycznym.

CIEPŁA JESIEŃ - tutaj mamy już typową Panią Jesień o ciepłej skórze i włosach, idealnie prezentującą się w prawdziwie ciepłych a nawet ognistych barwach. Odpowiednio podkreślony typ ciepły jest jak niesamowicie piękny, barwny kwiat ;)

CECHY

SKÓRA JESIENI
Panie o jesiennym typie urody mają cerę neutralną lub ciepłą zazwyczaj z podtonami żółtymi bądź oliwkowymi. Może to być całkiem blada cera w odcieniu kości słoniowej lub delikatnie zółtawa poprzez średnie neutralnie beżowe, złociste lub oliwkowe karnacje aż do ciemnych prawie latynoskich odcieni skóry. Mogą występować piegi - cały czas lub pod wpływem słońca ale nie jest to konieczne ;)

OCZY
Z jesienią najbardziej kojarzą się zielone. Ostatnio wyczytałam gdzieś, że ma je tylko 2% populacji na świecie więc całe szczęście, że w jesiennym typie urody występują także inne kolory bo byłby on   na wymarciu :) Równie często co zielone występują również oczy brązowe, piwne. Czasami również szare. niebieskie są rzadsze co nie oznacza, że niemożliwe :)

WŁOSY
Rzadko bywają typowo rude - choć ja uważam, że naturalnie rude włosy są niesamowicie piękne i zawsze dodają uroku właścicielce. Najczęściej spotykane u Jesieni są włosy jasnobrązowe, kasztanowe, ciemnobrązowe lub ciemniejszy blond o złocistych bądź oliwkowych refleksach. Nawet jeśli ich kolor nie jest typowo ciepły to zawsze mają albo ciepłe refleksy albo w słońcu mienią się cieplejszymi tonami.

To tyle na początek. Dużo więcej będzie w kolejnych postach, które bardzo szczegółowo scharakteryzują każdy z jesiennych podtypów urody. I tak jak już wspominałam Jesień to również mój typ urody (co mnie w dużym stopniu zaskoczyło kiedyś) więc rozumiem, że nie każdy na początku może się identyfikować z tą urodową porą roku ;)
Czy jednak oprócz mnie są tu jakieś Panie Jesień??? :) Odezwijcie się ;)

Buziaki
Martyna

poniedziałek, 9 października 2017

BELL MAT LIQUID LIPS - POMADKI MATOWE W PŁYNIE! PIERWSZE WRAŻENIE, SWATCHE, KOLORY 04 ROMANCE I 05 LOVE :)


Hej :)
Rozpoczynająca się jesień zawsze sprawia, że zaczynam zachwycać się pięknymi intensywnymi kolorami kojarzącymi się z tą porą roku. Od razu również ten zachwyt przekładam na swój codzienny strój i makijaż, czyli odbywają się wielkie porządki w garderobie i kosmetyczce. Wszystkie nudziaki i pastele odchodzą na dalszy plan a na przód wychodzą śliwki, fiolety, bordo, turkusy itp. :) Moja kosmetyczka nie była zbyt dobrze zaopatrzona w tym względzie i z ciemnych kolorów szminek miałam tylko czerwony i wiśnię, więc przy okazji zakupów w Biedronce dokupiłam sobie dwa kolory matowych pomadek z Bell - Mat Liquid Lips. Nigdy wcześniej ich nie miałam i zresztą nigdy nie patrzyłam nawet na Bell w Biedrze, bo zazwyczaj te kosmetyki były tak "wydotykane", że aż strach. Tym razem trafiłam chyba na jakąś dostawę nowych i świeżych kosmetyków i się skusiłam ;) 


PIERWSZE WRAŻENIE
Nie miałam zbyt wielkich oczekiwań wobec tych pomadek. Lubię markę Bell ale pomadki matowe, które kosztują 8,99 zł za sztukę raczej nic dobrego nie wróżą - tak myślałam :) W wolne dni nie maluję zazwyczaj ust więc jak tylko wróciłam z Biedronki zabrałam się za testowanie i oglądanie mojego nowego nabytku. Bardzo zaskoczyło mnie to, że pomadki z tej samej serii, o takiej samej nazwie i chyba nawet z tej samej dostawy mają różne aplikatory! Kolor 05 LOVE (ten bardziej różowy) ma typowy, sztywny aplikator i bardzo mi właśnie taki odpowiada. Natomiast kolor 04 ROMANCE ma aplikator o wiele większy i wycięty na czubku - jest on niestety o wiele mniej precyzyjny i łatwiej jest nim wyjechać poza kontur ust. Dajcie znać czy to ja tak trafiłam czy te pomadki faktycznie mają różne aplikatory zawsze :)
Sama konsystencja tych matowych szminek totalnie mnie zachwyciła! Są na tyle płynne, że bez problemu można je rozsmarować na ustach a przy tym dosyć szybko zastygają i nic nie ciapie się na ustach. Są też bardzo dobrze napigmentowane - jedna warstwa daje wystarczające krycie, natomiast dwie cienkie warstwy kryją już totalnie. Kolor rozprowadza się bardzo równomiernie i jest intensywny. Pomadka szybko zastyga na ustach na mat, jednak mimo wrażenia totalnego zastygnięcia zostawia ona ślady na szklance czy czyimś policzku więc trzeba mieć to na uwadze ;)
To wrażenie zastygnięcia szminki na ustach jest wyczuwalne, ale dla mnie nie było niekomfortowe w noszeniu. Jak to w przypadku matowej pomadki bywa, również i ta delikatnie przesusza usta jeśli nosimy ją cały dzień ale przy odpowiedniej pielęgnacji wszystko jest ok - przynajmniej moje usta nie wyglądały jak rodzynki ;)
Jeśli chodzi o trwałość pomadek to tu również ogromne zaskoczenie - myślę, że gdybym nie jadła to kolor wytrzymałby cały dzień bez uszczerbku. Ale, że nikt nie chce umrzeć z głodu i jeść trzeba to sprawdziłam ostatnio, że przez cały dzień kiedy normalnie jadłam i piłam musiałam poprawić ją dwa razy w ciągu dnia, żeby wyglądała super. Zjada się w miarę przyzwoicie ale po rosole i tego typu tłustych potrawach trzeba się odrobinę ogarnąć, żeby nie mieć bezbarwnego placka na środku ust - przy tak intensywnych i mocno napigmentowanych szminkach bardzo to widać gdy kolor zaczyna schodzić. Tak czy siak jestem zadowolona.
demakijaż wieczorny nie sprawia problemu jeśli używamy olejku. Płynem micelarnym też bez problemu zmyjemy tą szminkę, ale potrzeba będzie kilku porządnie nawilżonych wacików i chwilę cierpliwości. U mnie najlepiej się sprawdziła kombinacja - najpierw płyn potem olejek i nie było śladu po kolorze :)
 
Dwa różne aplikatory przy tych samych pomadkach.

 KOLORY
 Oto jak powyższe szminki prezentują się na ustach i oczywiście na mnie ;) Starałam się wybrać takie zdjęcia, które możliwie najdokładniej oddadzą kolory, ale nie było  łatwe, ponieważ ich odcienie są bardzo zbliżone. 
Odcień 04 ROMANCE to mój ulubieniec! Ciemny, intensywny róż ale w cieplejszej tonacji. Jest już na pograniczu różu i czerwieni i bardzo przypadł mi on do gustu.
Natomiast kolor 05 LOVE to już typowy, chłodny róż, ale jakże intensywny i piękny! Bardzo lubię takie odcienie choć zdaję sobie sprawę, że jednak lepiej wyglądam w cieplejszej tonacji.

ODCIEŃ 04 ROMANCE

ODCIEŃ 05 LOVE
Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona tymi szminkami, bo moim zdaniem nie odbiegają ani pigmentacją ani trwałością od o wiele droższych pomadek (np. moich ulubionych Bourjois Rouge Edition Velvet). Kosztują 5 razy mniej a efekt w moim odczuciu jest naprawdę imponujący. Jedyne czego mi żal, to mały wybór kolorów - oprócz tych dwóch które Wam prezentuję jest jeszcze kilka innych odcieni do wyboru ale są to już nudziaki. Szkoda, bo z chęcią zaopatrzyłabym się w kilka bardziej intensywnych odcieni - może śliwka, może burgund? Może Bell coś nowego wprowadzi. 
W każdym razie bardzo serdecznie Wam te pomadki polecam - za 8,99 zł taka jakość jest naprawdę imponująca. Poza tym chyba Bell jest też w niektórych Rossmannach więc może uda Wam się trafić je za grosiki w promocji na kolorówkę, która jutro się zaczyna :)

Dajcie znać czy znacie te pomadki i jak się u Was spisały!

Buziaki
Martyna

poniedziałek, 2 października 2017

BIOLAVEN ŻEL MYJĄCY DO TWARZY KONTRA VIANEK NAWILŻAJĄCA EMULSJA MYJĄCA DO TWARZY

Hej ;)
Po ostatnich postach o demakijażu i żelach pod prysznic postanowiłam pozostać w temacie oczyszczania i dodać porównanie dwóch bardzo ciekawych preparatów do mycia twarzy. Pod lupę idą więc dzisiaj: Biolaven Żel Myjący do Twarzy oraz Vianek Nawilżająca Emulsja Myjąca. Oba kosmetyki są produkowane przez znaną polską firmę Sylveco, ale zaznaczam, że obydwa kupiłam sama i post nie jest sponsorowany:) Jeśli jesteście więc ciekawi mojej opinii to zapraszam serdecznie do czytania dalej.

 
CZEGO OCZEKUJĘ OD ŻELU DO MYCIA TWARZY?
Jak zwykle zacznę od opisania moich wymagań, żeby łatwiej było porównać je Wam do swoich upodobań. Przede wszystkim preparat do mycia twarzy musi porządnie oczyścić skórę z pozostałości makijażu, zanieczyszczeń które nagromadziły się w ciągu dnia i resztek kosmetyku do demakijażu. Ze względu na to, że demakijaż wykonuję głównie olejem to żel ma pole do popisu i jest co zmywać ;) Natomiast niemal równie ważne co dokładne oczyszczanie jest dla mnie łagodne działanie na skórę.  Wiem, wymagania typowej "baby" - chce baba żeby czyściło porządnie ale najlepiej bezinwazyjnie ;) I niestety tak jest - nie chcę żeby kosmetyk narażał moją twarz na dodatkowe przesuszenie i podrażnienie bo i bez tego mam z nią sporo zachodu i dotąd będę szukać odpowiedniego kosmetyku aż na niego trafię i nie poprzestanę na półśrodkach :) O tym, że absolutnie nie może mnie żel zapychać i wywoływać zaskórników nie muszę chyba pisać . Czy muszę? ;)


BIOLAVEN ŻEL MYJĄCY TWARZY - CO O NIM MYŚLĘ?
Opis producenta na opakowaniu (który widzicie powyżej) idealnie wpisuje się w moje oczekiwania i dlatego też kupiłam ten żel. Buteleczka z pompką zawiera 150 ml produktu i zapłaciłam za nią 16,99 zł, jest ważna 6 miesięcy od otwarcia. Pompka działa bez zarzutu a design opakowania jest prosty i miły dla oka. Lubię zapach lawendy, ale jeśli Wam on nie odpowiada to nie musicie się stresować - moim zdaniem akurat żel Biolaven pachnie bardziej jak jakieś landrynki niż faktycznie lawenda. Tak czy siak jest to przyjemny aromat :) Żel jest przezroczysty a jego konsystencja dosyć rzadka i lejąca. Nie przeszkadza mi to bez względu na to czy myję twarz dłońmi czy przy użyciu gąbeczki/rękawicy. Zazwyczaj do jednego mycia twarzy zużywam dwóch pompek.
Podczas mycia żel bardzo lekko się pieni i mam wrażenie, że prawie natychmiast rozpuszcza wszystkie oleje i inne rzeczy, które mam na twarzy. Po dosłownie kilku sekundach od nałożenia go czuję, że twarz jest po prostu czysta. Żel ładnie się spłukuje, nie pozostawia żadnej warstwy na skórze tylko wrażenie porządnie umytej buzi. Ale zupełnie nie w taki sposób jak głęboko oczyszczające produkty typu Vichy Normaderm itp. Tu skóra jest czysta ale przy tym miękka, zupełnie nie podrażniona i jakby lekko rozświetlona. Nie ma w moim przypadku mowy o przesuszeniu. Wydaje mi się, że to wszystko dzięki zastosowaniu delikatnych aczkolwiek skutecznych substancji myjących w połączeniu z olejem winogronowym i gliceryną. Jestem zachwycona tym żelem, bo dawno nie miałam kosmetyku, który tak dobrze by oczyszczał, a przy tym nie wysuszał skóry, ładnie pachniał i był stworzony ze składników pochodzenia naturalnego.


VIANEK NAWILŻAJĄCA EMULSJA MYJĄCA DO TWARZY - JAK SIĘ SPISAŁA?
Tą emulsję zakupiłam jako pierwszą z tego duetu, który dziś opisuję, bo bardzo zachwycił mnie opis producenta i skład (widoczne powyżej). Już na drugim miejscu listy składników widzimy olej winogronowy a dalej mocznik, olej z kiełków pszenicy i ekstrakt z kwiatu lipy. Wiedziałam, że przy takim składzie na pewno nie muszę się martwić o przesuszenie i to był decydujący argument, żeby ją kupić. Zamówiłam emulsję przez Internet podczas większych zakupów i kosztowała chyba około 18 złotych. Buteleczka jest dokładnie taka sama jak w żelu z Biolaven - o pojemności 150 ml, z wygodną i dobrze działającą pompką. Produkt jest ważny przez 3 miesiące od otwarcia więc krócej niż Biolaven. Konsystencja produktu to bardzo lekka emulsja, rzadka choć nie tak bardzo jak żel myjący opisywany wyżej. Tu również podczas mycia zużywam dwie pompki na raz więc wydajność wydaje się być zbliżona. 
Emulsja zupełnie się nie pieni i nie przypomina podczas mycia typowych preparatów oczyszczających. Ja mam wrażenie jakbym na twarz nakładała faktycznie jakieś lekkie mleczko a nie coś co ma oczyścić mi twarz. Po chwili masowania zwilżonej skóry tą emulsją Vianek i spłukaniu jej ciepłą wodą dalej mam wrażenie, że mam coś na twarzy. Mam na myśli to, że produkt ten nie domywa dokładnie olejku, który stosuję do demakijażu, bo po prostu jest do tego chyba zbyt słaby. Dodatkowo mam wrażenie, że sam żel zostawia na skórze lekko nawilżającą powłoczkę. Te dwa aspekty sprawiają, że wieczorem wcale nie czuję jakbym dopiero co umyła twarz i najchętniej umyłabym ją ponownie czymś innym (i tak właśnie robię;) Natomiast jeśli już skreśliłyście Vianek to jeszcze się wstrzymajcie z decyzją, ponieważ to wcale nie jest zły produkt do mycia buzi. To, że nie nadaje się wieczorem przy demakijażu i do zmywania olejków to dla mnie fakt, ale za to jest niezastąpiony gdy chcecie umyć czymś twarz rano lub w takie dni kiedy nie nosicie makijażu. Emulsja bardzo łagodnie oczyszcza skórę, nie podrażnia jej i faktycznie delikatnie nawilża. Po jej użyciu skóra twarzy jest mięciutka, przyjemnie ukojona i zadbana. Musze tu wspomnieć jeszcze o zapachu tej emulsji, szczególnie dla tych z Was, które mają wrażliwy nos :) Emulsja ta pachnie bardzo specyficznie i na pewno nie wszystkim się spodoba, ponieważ dla mnie jest to woń podobna do zielska na łące wiosną ;) Bardzo nietypowy zapach, ziołowy. Mi akurat on nie przeszkadza, bo ja lubię takie ziołowe klimaty ale weźcie to pod uwagę przed zakupem. 

VIANEK KONTRA BIOLAVEN - KTO WYGRYWA?
Myślę, że werdykt już jest jasny - dla mnie wygrywa Biolaven. Doceniam te właściwości jakie prezentuje emulsja z Vianka ale jednak nie do końca są one tym czego szukam. Ze względu na demakijaż olejem (z którego nie zrezygnuję, bo jest super) muszę mieć kosmetyk, który dobrze domyje jego pozostałości - bo po co dokładnie oczyszczać olejem skórę skoro zostaje on razem z zanieczyszczeniami niedomyty na twarzy... Biolaven zapewnia mi dokładnie to, czego szukam - bardzo wyraźne oczyszczenie cery a zarazem delikatność dla jej bariery hydrolipidowej. Dodatkowo ładnie pachnie, nie podrażnia i w ogóle same plusy. Także z tych dwóch kosmetyków zdecydowanie polecam Biolaven. Natomiast jeśli macie super-delikatną skórę lub potrzebujecie nawilżającego żelu do mycia na rano to Vianek też będzie jak najbardziej okay ;) Wszystko zależy od tego, czego szukacie i jak lubicie oczyszczać twarz. 

Mam nadzieję, że o niczym nie zapomniałam i wszystko o tych kosmetykach myjących tutaj zawarłam, ale jeśli macie pytania to służę w komentarzach. Dodam na koniec, że Sylveco ma wiele produktów, które już miałam (i są super) i wiele chciałabym jeszcze wypróbować więc moja gama tych kosmetyków z pewnością się poszerzy. A co u Was sprawdza się najbardziej z Sylveco/Biolaven/Vianek??? 

Buziaki
Martyna

sobota, 30 września 2017

PETAL FRESH PURE REFRESHING / MOISTURIZING BATH&SHOWER GEL - RECENZJA ŻELI POD PRYSZNIC



Witam Was cieplutko w ten całkiem ładny, jesienny wieczór i z wielką przyjemnością zapraszam na recenzję żeli pod prysznic marki Petal Fresh Pure. Na wstępie zaznaczę, że żele te zakupiłam sama (w Rossmannie ;) i oceniam je równie obiektywnie i stosując te same kryteria co w przypadku wszystkich innych tego typu kosmetyków. I więcej nie marudzę, tylko przystępuję do rzeczy, czyli opisu moich kryteriów i recenzji tych oto dwóch specyfików ;)

CZEGO SZUKAM W ŻELU POD PRYSZNIC?

- braku silnych detergentów przesuszających skórę
- dobrych właściwości myjących przy delikatnych substancjach czynnych
- przyzwoitego składu 
- przystępnej ceny i adekwatnej do tego wydajności
- ładnego zapachu

Skóra mojego ciała jest bardzo wymagająca i baaardzo szybko się przesusza. Dlatego zazwyczaj wybieram kosmetyki pozbawione sls-ów, które są silnymi detergentami i wzmagają ten problem (choć nie zawsze i nie we wszystkich produktach to zauważyłam). Żel pod prysznic musi oczywiście też dobrze oczyszczać skórę, mimo delikatniejszych substancji myjących. Jeśli ma przy okazji dobry skład to jestem "na tak" ale nie musi być to jakieś cudo, szczególnie, że oczekuję przystępnej ceny i wydajności (bo zużywam takich żeli hektolitry ;)
Absolutnie nie oczekuję żadnych właściwości pielęgnacyjnych. Wręcz słowa w stylu "nawilżający" albo "regenerujący" zawsze mnie śmieszą na tego typu produktach - żel ma myć i nie przesuszać skóry. Jeśli to robi to dla mnie jest ok. Jeśli ma dodatkowo fajny skład i ładnie pachnie to już w ogóle go uwielbiam. 
A oto jak na tle tych wymagań wypadły żele z Petal Fresh.

Skład wersji Refreshing.
PETAL FRESH : SKŁAD I WŁAŚCIWOŚCI MYJĄCE
Obydwa żele mają dosyć długie składy ale są one bardzo dobre i zarazem ciekawe. Zawierają delikatne substancje myjące pochodzenia roślinnego i mnóstwo organicznych ekstraktów. Pozbawione są natomiast parabenów substancji genetycznie modyfikowanych , barwników i całego tego badziewia, którym często są wypełniane kosmetyki. Jestem pod wrażeniem.
Żele podczas mycia słabo się pienią - do tego już się przyzwyczaiłam używając różnych bardziej naturalnych preparatów i nie przeszkadza mi to. Obydwa oczyszczają skórę  bardzo dobrze a zarazem delikatnie i nie wywołują podrażnień. 

Skład wersji Moisturizing.
CIEKAWE SKŁADNIKI / DZIAŁANIE ŻELU / ZAPACH
Petal Fresh Moisturizing Bath&Shower Gel zawiera substancje myjące pozyskane z kokosa i oleju kokosowego oraz betainę. Oprócz tego jest wzbogacona o organiczny olej z pestek winogron, oliwę z oliwek, olej Babassu, witaminę E, B5 i całą masę ziołowych ekstraktów. Na opakowaniu jest napisane: " Deeply hydrates & repairs dry skin" - i pierwszy raz zgodzę się totalnie z producentem, że żel pod prysznic NAWILŻA I REGENERUJE suchą skórę. Po użyciu tego żelu moja skóra jest miękka i lekko wypielęgnowana. Nie muszę natychmiast rzucać się na nawilżacze :) Znowu jestem pod wrażeniem. Zapach żelu jest taki sobie :) Głównie wyczuwam tu olej z pestek winogron, trochę oliwę i zioła. Nie jest brzydki ale nie chwyta za serce.

Petal Fresh Refreshing Bath&Shower Gel to również kosmetyk oparty na betainie i środkach myjących z kokosa. Natomiast oprócz tego znajdziemy tu organiczne ekstrakty z aloesu, pomarańczy, cytryny, grejpfruta, mandarynki i wieeelu innych ziół. Skład jest naprawdę imponujący. Zapewne łatwo się domyślić, że po takiej dawce ekstraktów z cytrusów żel ten w pełni zasługuje na miano "Refreshing" :) Jego zapach bardzo pobudza i odświeża, ponieważ głównie czuć tu cytrynę (ale taką, jakbyście dopiero co wycisnęli sok z owocu) przenikającą się z aromatem innych cytrusów. Pod względem działania jestem zadowolona - żel nie przesusza skóry. Widać to wpływ aloesu bo jest ona lekko nawodniona i w dobrej kondycji. Ta wersja jednak nie nawilża skóry tak jak było w przypadku poprzedniej ("Moisturizing"). 


CENA / POJEMNOŚĆ / WYDAJNOŚĆ
Nie będę ukrywać, że zazwyczaj nie kupuję żeli za miliony monet, ponieważ nie spotkałam dotychczas takich, które byłyby tego warte. Mój limit to max 30 zł i najczęściej nie przekraczam tej kwoty.  Za każdy z tych żeli Petal Fresh zapłaciłam w Rossmannie 24,99 zł więc cena przy tym składzie jest adekwatna, choć nie najniższa. Pojemność jest raczej nietypowa, bo wynosi 355 ml - pewnie dlatego, że to marka amerykańska i tam pojemności są określane w inny sposób. Wydajność natomiast określiłabym jako średnią. Żele nie przeciekają przez palce, nie marnują się i nie potrzeba ich strasznie dużo aby umyć całe ciało ale jednak są dość rzadkie w swojej konsystencji i słabo się pienią co sprawia, że zużywam ich więcej niż "typowego" żelu z drogerii. Mogłoby być lepiej ale nie narzekam - najważniejsze, że nic się nie marnuje i nie cieknie.

OPINIA
Jestem bardzo zadowolona z obu wersji i z chęcią będę do nich wracać - tak dobre składy, pełne organicznych ekstraktów z owoców, nasion, ziół, naturalne oleje i brak wypełniaczy to coś za co naprawdę warto zapłacić te 25 złotych. Wersja z olejem winogronowym (Moisturizing) zdecydowanie lepiej się sprawdziła na mojej skórze natomiast ta cytrusowa (Refreshing) urzekła mnie zapachem. Z tego co wiem jest jeszcze chyba jedna wersja zapachowa ale nie było jej w Rossmannie i z całą pewnością będzie to mój kolejny zakup jeśli gdzieś ją dostanę. Jeśli więc szukacie żelu, który ma rewelacyjny skład, wykazuje faktyczne działanie pielęgnujące i jest świetnie dostępny stacjonarnie to serdecznie Wam polecam Petal Fresh. Mnie ta marka urzekła i z wielką przyjemnością pooglądam i zakupię inne ich kosmetyki. 

A może Wy znacie tą markę z innych produktów? Co najbardziej polecacie? Koniecznie podzielcie się swoją opinią :)

Buziaki
Martyna :)

poniedziałek, 25 września 2017

DEMAKIJAŻ I WIECZORNA PIELĘGNACJA CERY + DWA HITY, KTÓE URATOWALY MI CERĘ :) Evree, Biolaven, Vianek, Gorvita, Be beauty, Rival de Loop

Hej :)
Czasami jest tak, że nasz ulubiony sposób wieczornej pielęgnacji musi ulec zmianie. Zazwyczaj dlatego, że nasza skóra kaprysi, albo za bardzo przyzwyczaiła się do danych kosmetyków, czasami też jej potrzeby się nieco zmieniają z czasem. Ja zmieniłam swoją wieczorną pielęgnację już jakiś czas temu ale z zupełnie innych przyczyn. Pierwszym bodźcem do tego był fakt, że producent mojego ulubionego mleczka do demakijażu zmienił skład kosmetyku i nafaszerował go parafiną (DLACZEGO ONI TO ROBIĄ?!). Niestety inne dostępne na rynku mleczka kompletnie mi nie odpowiadają więc musiałam całkowicie zmienić swój wieczorny rytuał...
Kolejnym powodem był fatalny stan mojej cery wywołany przez krem z Biodermy, o którym pisałam w ostatnim poście. 
I w ten oto sposób zostałam zmuszona do poszukiwań innych rozwiązań kosmetycznych i do całkowitej rewolucji w wieczornej pielęgnacji. Teraz (po około dwóch miesiącach stosowania nowej metody oczyszczania i pielęgnacji) muszę przyznać, że zmiany, które poczyniłam wyszły mi absolutnie na plus. Jestem bardzo zadowolona ze wszystkich kroków wieczornaqj rutyny, natomiast jeśli chodzi o kosmetyki to w większości są ok, ale będę szukać coraz to lepszych specyfików.

Po tym jakże długim wstępie czas na pokazanie i kosmetyków i kolejnych kroków wieczornej pielęgnacji mojej cery. Oto one :)


1. DEMAKIJAŻ 
Do demakijażu twarzy używam dwóch kosmetyków - płynu micelarnego wyłącznie do zmycia makijażu oczu a następnie oleju do rozpuszczenia makijażu twarzy. Ten patent sprawdza mi się najlepiej, ponieważ zmywając całość tylko olejem tusz do rzęs rozmazywał mi się po całej twarzy i czułam dyskomfort ;) 

NAWILŻAJĄCY PŁYN MICELARNY BE BEAUTY - używam go wyłącznie dlatego, że akurat ten mam w domu i chcę go zużyć. Jest naprawdę ok i nie mam mu nic do zarzucenia , ale wolałabym coś o bardziej przyjaznym składzie. Jak się skończy to na pewno kupię coś innego.

Jeśli chodzi o olej to aktualnie używam zamiennie dwóch.

OLEJ KOKOSOWY -zawsze się sprawdza. Dobrze rozpuszcza makijaż, odpowiada mi jego gęsta konsystencja i to, że jest naturalny. Bardzo go lubię choć nie ukrywam, że lubię różne kompozycje olejków i też pewnie będę próbować innych, ciekawych produktów.

EVREE REGENERUJĄCY OLEJEK -  teoretycznie jest do demakijażu oczu ale u mnie świetnie się sprawdza do całej twarzy. Po płynie micelarnym nalewam niewielką ilość produktu na dłonie i masuję skórę twarzy i oczy, żeby rozpuścić makijaż. U mnie sprawdza się bardzo dobrze, natomiast siostra narzekała, że podrażnił jej bardzo oczy. Ja jestem zadowolona z niego, tylko bardzo płynna konmsystencja jest uciążliwa bo troszkę za dużo się go wylewa.


2. OCZYSZCZANIE TWARZY
Po płynie micelarnym i oleju ZAWSZE oczyszczam skórę jeszcze żelem do mycia twarzy. Nie wyobrażam sobie demakijażu bez tego kroku i uważam, że olej i rozpuszczony makijaż trzeba jednak potraktować czymś "myjącym" :) Nie może być to jednak byle jaki żel - moja skóra twarzy nie toleruje absolutnie sls-ów i innych bardzo oczyszczających substancji. Potrzebuję żelu skutecznie oczyszczającego i z dobrym składem. Używam aktualnie dwóch.

VIANEK NAWILŻAJĄCA EMULSJA DO TWARZY
BIOLAVEN ŻEL MYJĄCY DO TWARZY

Obydwa te żele zasłużyły na osobny post dlatego spodziewajcie się niedługo porównania tych kosmetyków.


3. PIELĘGNACJA
Wcześniej, po etapie oczyszczania zawsze nakładałam na twarz krem, ewentualnie olejek/serum i krem. Ten etap już się skończył i to chyba na zawsze. Dlaczego? Po tym jak krem z Biodermy zrobił mi masakrę na twarzy postanowiłam najpierw odstawić wszystko, co nie było dobrym patentem przy suchej i odwodnionej cerze. Potrzebowałam więc czegoś co nawodni cerę, nawilży ją lekko ale nie zapcha. I znalazłam :)

ALOE VERA GEL GORVITA - żel aloesowy okazał się u mnie hitem stulecia :) Ten z Gorvity jest ok, ale czytałam już że są lepsze, o ciekawszych składach i kolejnym razem kupię pewnie inny. Żel idealnie nawadnia cerę, łagodzi podrażnienia, koi i uspokaja skórę. Nakładam porcję na twarz wieczorem i od razu czuję ulgę. jednak samodzielnie stosowany żel nie jest wystarczający - on jedynie nawodni cerę ale nie nawilży jej i nie zapobiegnie utracie tej wilgoci, dlatego zawsze nakładam na niego olejek.

EVREE MAGIC ROSE - mój drugi hit i to już od kilku lat. Doskonale sprawdza się do mojej cery bo łagodzi podrażnienia i zaczerwienienia, leciutko nawilża i koi. A stosowany na żel aloesowy to po prostu geniusz. Odkąd zaczęłam stosować system żel+ten olejek moja cera wygląda świetnie. Cała masakra po kremie z Biodermy szybko się zagoiła, moje pory są w lepszej kondycji, bo nic ich nie zapycha i cera jest ładnie nawodniona i rozświetlona. Super!

MASECZKA NAPRAWCZA RIVAL DE LOOP - czasami zdarza się jednak taki dzień, że skóra potrzebuje, żeby jej "dowalić" porządnego nawilżenia i czegoś cięższego. Wtedy sięgam po tą właśnie maseczkę. Jest to najlepsza maska jaką używałam. Zawiera kwas hialuronowy, 10%mocznik i kilka olejków w składzie. Nie zapycha, a przy tym sprawia, że cera jest odżywiona, miękka, dopieszczona. Zazwyczaj stosuję ją raz w tygodniu, czasem częściej jak mam chęć - nakładam na noc i rano zmywam pozostałości. 

I to wreszcie tyle :) Z takiej rutyny pielęgnacyjnej jestem obecnie bardzo zadowolona ale będę jeszcze kombinować z kosmetykami - w końcu tyle tych dobroci jest, że ciężko się oprzeć.

A który żel aloesowy Wy polecacie najbardziej? Koreański, typu Holika Holika lub Skin79 czy raczej coś o lepszym składzie typu Equilibra? Chętnie poznam Wasze opinie.

Buziaki
Martyna!

poniedziałek, 18 września 2017

BIODERMA SENSIBIO TOLERANCE PLUS - RECENZJA KREMU


Hej :)
Dawno nie było u mnie żadnej konkretnej recenzji i czas to nadrobić, ponieważ na mojej drodze pojawił się krem - Bioderma Sensibio Tolerance Plus - który wprost prosi o opisanie go tu na blogu. Na początek krótkie przypomnienie, jaką mam cerę i czego szukam w kremie do twarzy żeby spełnił moje oczekiwania - ułatwi to mam nadzieję Wam porównanie do własnej skóry i doświadczeń.

JAKĄ MAM CERĘ?
Moje skóra twarzy jest dosyć wymagająca i w pewnym sensie "problematyczna", ponieważ nie daje się określić żadnym jednym typem. Najprędzej jej do skóry suchej. Nie jest to jednak do końca prawda - jest ona w sumie normalna ale z duuużą skłonnością do odwadniania się ogółem lub w niektórych partiach. Gdy nie pilnuję tego, żeby dostarczyć skórze nawodnienia i nawilżenia to zaczyna ona szaleć - niby się przetłuszcza trochę, rogowaceje i pokazuje mi, że broni się przed brakiem "wody". I jeszcze jedna istotna kwestia - mam rozszerzone pory i skłonność do alergii i zapychania - jeśli więc jakiś krem lub inny kosmetyk ma tendencję (choćby minimalną) do zapychania to mnie zapcha na całego i będę mieć prawie natychmiast widoczne, zatkane pory i niedoskonałości... Także skomplikowana sprawa. Jeśli jednak dbam o nawodnienie cery to jest ona "normalna" i nie sprawia żadnych kłopotów :)

CZEGO SZUKAM W KREMIE?
Jak już napisałam dla mojej twarzy priorytet to nawodnienie i nawilżenie i dokładnie to ma mi dać krem. Absolutnie nie może też zapychać ale za to dobrze by było, gdyby nadawał się pod makijaż. I tyle - nawilżanie, brak zapychania i współpraca z makijażem. Czy to duże wymagania? Jak się okazuje to są to MEGA wymagania, bo do tej pory nie znalazłam ideału ;) A jak na tle tych wymagań sprawdził się krem Bioderma? Oto recenzja.


BIODERMA SENSIBIO TOLERANCE PLUS - DLACZEGO GO KUPIŁAM?
Kiedy zobaczyłam ten krem w promocji to myślałam, że będę skakać z radości! Od dawna chciałam go wypróbować, bo słyszałam, że dobrze nawilża a przy tym jest leciutki i świetny pod makijaż. I kupiłam! Nie mogłam doczekać się następnego dnia żeby go nałożyć :) Opakowanie to estetyczny kartonik, w którym znajduje się krem z higieniczną pompką. Szata graficzna absolutnie na plus - uwielbiam takie proste, zgrabne opakowania. Pojemność kremu to 40ml, czyli mniej niż standardowe słoiczki z kremami z drogerii (50ml).

PIERWSZE WRAŻENIE
Nadszedł kolejny dzień i wreszcie mogłam nałożyć go na twarz. Z pompki wydobywa się niewielka porcja produktu - niektórym wystarczy na całą twarz, dla mnie potrzeba było dwóch pompek (najważniejsze, że nie wychodzi za dużo i nic się nie marnuje). Konsystencja kremu to bardzo lekka emulsja, która łatwo i szybko się rozprowadza. Produkt ma bardzo słaby i niezbyt przyjemny zapach (lekko octowy), ale to zapewne przez brak "ulepszaczy". Makijaż na nim wygląda bardzo dobrze, krem szybko się wchłania więc od razu można nakładać podkład itp. Nic się w ciągu dnia z makijażem nie dzieje złego. I jak dotąd, myślałam sobie - jest super, będzie hit :) Ale...


MOJA OPINIA O KREMIE
Biorąc na tapetę to co producent obiecuje - widzicie to na zdjęciu powyżej - to krem ten niewiele z tego spełnia. Absolutnie nie zgodzę się z tym, że krem ten jest przeznaczony do cery "suchej z tendencjami do pieczenia, ściągnięcia i uczucia kłucia" - ten krem nakładałam na twarz, kiedy moja buzia była w naprawdę idealnym stanie i sam ten krem wywołał uczucie pieczenia i lekkiego podrażnienia. Widoczne było niemal natychmiast po nałożeniu jak skóra robi się delikatnie czerwona i "piekąca" więc współczuję serdecznie temu, kto faktycznie nałożył krem na cerę z problemami, czyli skórę nadwrażliwą (dla której ten krem jest rekomendowany). O innych "cudach" jakie tu opisuje producent nie jestem w stanie się wypowiedzieć, ponieważ żadnych u mnie nie zdziałał - możliwe, że moja cera była w zbyt dobrym stanie, żeby cokolwiek miał szansę zrobić. Tego nie wiem. 
Kolejne "ale" odnosi się do samego nawilżenia - ten lekki krem faktycznie tuż po nałożeniu daje odczucie, że coś tam lekkiego i nawilżającego na nią położyłyśmy ale z całą pewnością nie jest to odpowiednie nawilżenie dla cery suchej. Ta lekkość to atut na początku, bo szybko się wchłania i makijaż super wygląda, ale co z tego skoro nawilżenie jest tak słabe i skóra ma niedobory ?:)

Kolejnym i chyba najważniejszym zastrzeżeniem wobec Bioderma Sensibio Tolerance Plus jest to, że krem ten w ciągu kilku dni używania moją naprawdę na tamten moment ładną cerę zmienił w "jesień średniowiecza"... Nie mogłam uwieżyć w to co widzę w lusterku każdego kolejnego dnia. Cera wyglądająca na taką "zanieczyszczoną", zaskórników od groma i cała masa niedoskonałości. I to nie takich jak zazwyczaj mi się zdarzają gdzieś na brodzie czy czole (w postaci małych krostek). Nie, a raczej nie tylko. Po tym kremie zaczęły pojawiać się wielkie, czerwone bolące pryszczole (to chyba się fachowo nazywa zaskórniki zamknięte;) i to w takich miejscach jak sam środek policzków, okolice brwi, okolice ust no i standardowo właśnie broda. Masakra. Już nie pamiętam czy kiedykolwiek miałam coś takiego na twarzy, chyba nie. Musiałam zacząć szybko reagować i "leczyć" jakoś cerę po tej rewolucji...


I ostatnia sprawa to cena kremu. Bez promocji w mojej aptece kosztuje 76 złotych. Tak, 76 złotych za krem, którego nie dość, że jest mniej w opakowaniu niż w typowych kremach do twarzy to jeszcze nie ma wcale zbyt ciekawego składu i w sumie niczym nie imponuje. Nie można powiedzieć, że krem nic nie robi ;) U mnie zrobił całkiem sporą masakrę na twarzy przy jednoczesnym braku nawilżenia i lekkim podrażnieniu. Dla mnie Bioderma Sensibio Tolerance Plus to "krem samo zło"... Nie mam pojęcia jak wykorzystać tą zawartość opakowania, którą jeszcze mam bo z jednej strony mam ochotę wywalić to do śmieci a z drugiej szkoda mi tych pieniędzy, które na niego wydałam. Jeden jedyny pozytyw z używania tego kremu jest taki, że gdy musiałam ratować skórę z opresji to znalazłam idealny sposób na to by ją szybko ogarnąć i z pewnością niedługo napiszę Wam o dwóch cudowych kosmetykach, które mi w tym pomogły.

Wracając do Biodermy, moja cera jest dość nietypowa i możliwe, że dlatego ten krem się u mnie nie sprawdził. Może u Was będzie inaczej, szczególnie jeśli szukacie jedynie lekkiego nawilżacza pod makijaż (bo w tej kwestii sprawdził się ok). Ja ze swojej strony nie mogę go polecić, bo narobił u mnie wielu szkód, w niczym nie pomógł a straciłam na niego sporo pieniędzy. Tak, więc zastanówcie się przez zakupem albo weźcie próbkę bo nie ma sensu się męczyć później.

Może są tu osoby, u których się sprawdził? Jakie macie doświadczenia z Biodermą? Dajcie koniecznie znać. Buziaki :*

Martyna